• Wpisów:47
  • Średnio co: 39 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 11:34
  • Licznik odwiedzin:5 986 / 1876 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przepraszam za tak długą nieobecność....;<
Nowy rozdział powinien pojawić się niedługo. Wszystkie blogi nadrobię w wolnej chwili.
Pozdrawiam Rysiaa<3
 

 
WAŻNE *II Tom jest pisany z punktu widzenia Jane.*


Tom II

Rozdział 1.
Obudził mnie trzask. Leniwie otworzyłam oczy, przewróciłam się na plecy i spojrzałam przed siebie. Moja mała siostrzyczka siedział na środku pokoju obsypana książkami, które przed chwilą strąciła. Zaśmiałam się patrząc jak Connie rozpaczliwie próbuje ułożyć książki z powrotem na miejsce. Dziewczynka spojrzała na mnie przepraszająco i uroczo się uśmiechnęła.
- Pseplasam Jane...Ja tylko chcałam wząc jedną ksąskę... - powiedziała cicho, podbiegła do mnie i wskoczyła na łóżko.
- To nic, miśku. - odpowiedziałam i mocno ją przytuliłam.
Uśmiechnęłam się, tak bardzo ją kochałam. Była takim moim promykiem nadziei w tym wszystkim. Nagle Connie wstała, usiadła i zaczęła się bawić moimi włosami.
- A Austin dzisiaj psyjdzie? - zapytała wesoło
- Polubiłaś go? - zapytałam rozbawiona
- Uldzie w tumie. - powiedziała z promiennym uśmiechem
Zaśmiałam się i wstałam. Weszłam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. On pomógł mi uspokoić myśli. Oto i pierwszy dzień wakacji. Po zamknięciu Celestii był spokój, pomyślnie zakończyłyśmy drugą klasę. Wiele czasu spędzałyśmy w bibliotece, szukając czegokolwiek o innych zwolennikach Clazira. Niestety dużo nie znalazłyśmy, oczywiście było tam o nich kilka naprawdę ważnych rzeczy, ale żadnych nazwisk, przypuszczeń. Byłyśmy w martwym punkcie. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy. Założyłam na siebie krótkie spodenki i bluzkę na naramkach, było niestety niemiłosiernie gorąco. Lekko się pomalowałam i wesoło zeszłam na dół. Connie skupiona czytała jakąś książkę, a mama robiła coś w kuchni.
- Hejka! - zawołałam i podeszłam do szafy szukać trampek i deskorolki.
- Gdzie znowu wychodzisz? - zapytała z wyraźną pretensją mama.
- Umówiłam się z dziewczynami w kawiarni. - powiedziałam promiennie i spojrzałam na mamę. - Oj nie patrz tak na mnie. Wrócę około 16.
Ucałowałam obydwie w policzek, wzięłam deskę, założyłam czarne conversy i wyszłam z domu. Wskoczyłam na rozpędzoną deskorolkę i pojechałam w stronę kawiarni. Rozglądałam się po miasteczku, było tak pięknie i kolorowo. Od razu przypomniał mi się wczorajszy dzień.
*wczoraj po południu*
- Austin, to nie jest zabawne! - mówiłam rozbawiona uciekając wzdłuż plaży.
Nagle ktoś złapał mnie od tyłu i wziął na ręce. Zachichotałam i spojrzałam na chłopaka, uśmiechał się promiennie.
- Ja uważam wręcz przeciwnie, to jest bardzo zabawne! - odpowiedział rozbawiony.
Zaśmiałam się i pogładziłam jego policzek. Był dla mnie taki ważny, byłam szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Austin wpatrywał się we mnie swoimi pięknymi, zielonymi oczami. Fale uderzały o przybrzeżne skały, a wiatr lekko przeczesywał moje włosy.
- Kocham Cię. - szepnął
- Też Cię kocham. - odpowiedziałam a nasze usta złączyły się w pocałunku.
*koniec retrospekcji*
Zanim się zorientowałam dojechałam do kawiarenki. Wzięłam deskę i weszłam do środka, dziewczyny już na mnie czekały. Carmen miała na sobie letnią sukienkę w kwiaty i balerinki, Alex krótkie czarne spodenki, kolorową bluzkę z krótkim rękawkiem i znoszone, czerwone conversy, a Nelly krótkie, niebieski spodenki, beżową bluzkę na naramkach i również beżowe lity. Uśmiechnęłam się i poszłam w ich stronę.
- Hej! - zawołałam i dosiadłam się do stolika. Dziewczyny również się uśmiechnęły.
- Hej, hej. - odpowiedziały razem
- Jak tam? - zapytałam wesoło
- Nic takiego. - zaczęła Nelly - Tak się cieszę, że już są wakacje, ten rok strasznie mi się dłużył.... Mam pomysł, może gdzieś wyjdziemy?
- Taak! To świetny pomysł. - powiedziała uradowana Carmen
- Może, może. - powiedziała Alex uśmiechnięta. - Idziemy dziś do biblioteki, może tam swobodnie pogadać....?
- Jasne. - powiedziałyśmy razem.
W 10 minut znalazłyśmy się przy bibliotece, widok mnie bardzo zdziwił. Przed nami stał wielki dźwig, a dookoła niego wiele innych robotów drogowych. Przy nich znajdowało się kilka robotników. Wymieniłam spojrzenia z dziewczynami, były zdezorientowane. Powoli podeszłam do jednego z mężczyzn.
- Przepraszam, co tu się dzieję? - zapytałam
- Budynek grozi zawaleniem, trzeba go wyburzyć. - oświadczył beznamiętnie, wskazując na budynek w którym znajdowała się spalona biblioteka.
- C..Co!? - szepnęłam przerażona.
Mężczyzna przewrócił oczami i odszedł. Dziewczyny stały koło mnie więc znały całą historię. Były przerażone, ja również. Jak to wyburzyć?! Ale przecież to zniszczy nasz pokój! Serce zaczęło mi szybciej bić. Dopiero po chwili zauważyłam, że przygląda nam się jeden z robotników. Wzięłam głęboki wdech i się obróciłam. Drogę zagrodził mi ten mężczyzna, a jego oczy zmieniły kolor na czerwono-czarny, a na jego twarzy zawitał złowrogi uśmiechem. W mgnieniu oko dookoła nas zebrała się reszta "robotników", a ich oczy także zmieniły kolor.
- Pozdrowienia od Lucasa. - powiedział złowrogo i mnie zaatakował.
_______________________________________________
I jak? ;3 Podoba się?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 37. Koniec
Stałam sparaliżowana przed brunetem, on mierzył mnie wzrokiem. Bałam się. Czego on może chcieć? Może chce zemsty za Celestie? Ukradkiem rozejrzałam się dookoła siebie i zepchnęłam dzban z kwiatami. Chłopak to zauważył i przesunął się. Wykorzystałam to i pobiegłam do drzwi. Chciałam się wydostać z pokoju, na otwartym terenie miałabym większe szanse. Tay mi to uniemożliwił. Obróciłam się szybko dzieliło nas kilka milimetrów.
- Zostaw mnie. - powiedziałam
- Nie mogę.
- Proszę! Zostaw mnie ! - nalegałam przez łzy
Chłopak westchnął i odszedł ode mnie. Podszedł do parapetu i obrócił się w moją stronę. Zobaczył w jego oczach coś co mną wstrząsnęło, poczucie winy, żal i....miłość?! O nie, nie, nie... Podeszłam do łóżka i usiadłam na jego końcu.
- Musimy porozmawiać. - oznajmił.
- Porozmawiać? - prychnęłam. - O ile pamiętam, to my już sobie porozmawialiśmy.
- Dasz mi to wszystko wytłumaczyć?
- Co wytłumaczyć?! To, że jesteś ciemnokrwistym, że pracujesz dla Celestii i tak naprawdę jestem dla ciebie niczym?! - mówiłam wyliczając na palcach.
- Myślisz, że tego chciałem?! - wybuchnął i podszedł bliżej mnie. - Celestia chciała żebym Cię śledził, rozkochał i powoli wyniszczał. Robiłem jak chciała, zdawałem jej raporty z każdego naszego wspólnego dnia. Wszystko byłoby po jej myśli, gdyby nie zaczęło mi naprawdę na tobie zależeć. Wiem, że kojarzysz mnie z samym złem, ale nigdy nie zastanawiałaś się dlaczego Celestie przyszła do szpitala, gdy Sophie miała wypadek. Pamiętasz jak wtedy poszedłem do łazienki? Nie mogłem patrzeć na to jak cierpisz, wezwałem Celestie, uświadomiłem jej, że masz jej amulet i podsunąłem pomysł, aby wykorzystała twoją bezsilność i smutek. Naprawdę myślisz, że Celestia uzdrowiła by Sophie bezinteresownie, ona z radością by patrzyła jak cierpisz po śmierci siostry i dopiero potem odzyskałaby to, co jej. - nie mogłam uwierzyć w to co słyszę, chłopak kontynuował. - Gdyby Celestia dowiedziała się, że mi naprawdę na tobie zależy, zabiłaby wszystkie osoby które kochasz na twoich oczach, a następnie Ciebie na moich. To dlatego mówiłem te okropne rzeczy wcześniej, ona musiała być pewna, że robię to czego ona chce. Proszę wybacz mi, zrobię wszystko, tylko proszę wybacz mi.
Oszołomiona siedziałam na kancie łóżka, łzy stanęły mi w oczach, wstałam i wzięłam głęboki wdech. Spojrzałam na niego. Dokładnie wiedziałam co powiedzieć.
- Wiesz co w tym wszystkim jest najgorsze? To, że Cię kochałam. Tak...naprawdę Cię kochałam. A teraz? Teraz Cię nienawidzę i wiesz czego chcę? Wynoś się z mojego domu, teraz! - krzyknęłam - A i jeszcze jedno...-zaczęłam, energicznie zdjęłam bransoletkę od niego i mu ją rzuciłam. - Włóż to sobie w d*pę!
Ulżyło mi, cieszyłam się powiedziałam mu to wszystko. Tay zręcznie złapał bransoletkę, obrócił ją w lewej ręce, westchnął i schował ją do kieszeni. Chłopak patrzył na mnie ze smutkiem. Nie chciałam już na niego patrzeć.
- Wynoś się! - powtórzyłam przez zęby. Chciałam to powiedzieć najgroźniej jak mogłam, ale wyszło to mniej więcej tak : "Proszę idź sobie, bo za chwilę wybuchnę płaczem"
Chłopak nie spuszczając ze mnie wzroku, podszedł bliżej i ujął kosmyk moich włosów. Przeszedł przeze mnie dreszcz.
- Skoro tego chcesz. - odpowiedział, puścił moje włosy i zniknął.
Na środku pokoju stałam jeszcze kilka minut. Nie chciałam nic myśleć, usiadłam na łóżku, przeczesałam włosy ręką i położyłam się na nim. Kol wtulił mi się w szyję, uspokoiłam się i odpłynęłam.
***
- Nelly! Wstawaj! - mówił ktoś, potrząsając mnie za ramię.
Mruknęłam i obróciłam się na brzuch. Postać nie dawała za wygraną. Dziś szczególnie nie miałam ochoty wstawać. Usłyszałam śmiech. Leniwie otworzyłam jedno oko. Na łóżku siedział mój tata, a w drzwiach stał....Austin?! Powoli się dźwignęłam i usiadłam.
- Masz gościa. - szepnął tata i wyszedł z pokoju.
- O co chodzi? - zapytałam zmęczona
- Już nawet bezinteresownie nie można Cię odwiedzić? - zapytał wesoło i usiadł koło mnie.
- Jasne, że można. - odpowiedziałam radośnie i przytuliłam przyjaciela - To prawda, że idziesz z Jane na bal?
- Eee...No tak. - odpowiedział i przeczesał włosy ręką. - No, bo wiesz...my się spotykamy od kilku tygodni...praktycznie jesteśmy razem.
- O jeny, tak się cieszę! - pisnęłam i bardzo mocno go przytuliłam
- No dobra, bo się jeszcze wzruszę. - powiedział i odsunął się.
Spojrzałam na niego i wybuchnęłam śmiechem. Gadaliśmy jeszcze jakieś 30 minut, a potem Austin musiał iść. Bal, bal, bal, bal. - myślałam. Jeszcze miesiąc temu tak się z tego powodu cieszyłam, a teraz..No właśnie. Czuję się dziwnie, wcale nie chcę tam iść. Najchętniej to zastałabym w ciepłym łóżku.
- Kochanie, zrobić Ci fryzurę na bal? - zapytała mama wszedłszy do mojego pokoju.
- Jasne, ale to później, teraz muszę się umyć i uszykować. - odpowiedziałam wesoło.
Mama się uśmiechnęła i wyszła. Westchnęłam i poszłam do łazienki. Szybki prysznic pomógł mi opanować myśli. Umyta owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do lustra. Uśmiechnęłam się do siebie i zaczęłam robić się na bóstwo. Zajęło mi to całe 2 godziny, ale było warto, wyglądałam ślicznie. Delikatnie założyłam sukienkę i usiadłam przed mamą, która trzymała szczotkę i kilka wsuwek. Usiadłam przed nią i czekałam. Robienie fryzury zajęło jakieś 30 minut. Efekt był nieziemski, wyglądałam jak nie ja. Ja nigdy nie byłam taka śliczna. Mama znów się uśmiechnęła i wyszła. Założyłam wysokie czarne szpilki, poprawiłam sukienkę i powoli zeszłam na dół. Cała rodzina czekała w salonie, a gdy schodziłam patrzyli na mnie jak na obrazek. Uśmiechnęłam się słabo i zeszłam do nich. Pierwsza podeszła do mnie Sophie.
- Ślicznie wyglądasz, zazdroszczę Ci. - pisnęła i usiadła na kanapie wpatrzona we mnie jak w obrazek.
Uśmiechnęłam się do niej i podeszłam do sofy. Zaczęłam się zastanawiać jak dziewczyny będą wyglądać...Może jednak chcę tam być, co jak co, ale chyba każda dziewczyna marzy o takim balu. Po chwili podeszli do mnie rodzice.
- Kochanie wyglądasz....- zaczął tata, mama postanowiła za niego dokończyć. - Wspaniale.
- Dziękuję, jesteście kochani. - powiedziałam i się zaśmiałam.
Usłyszłam odgłos dzwonka do drzwi, odruchowa spojrzałam w ich stronę. Obdarowałam moich najbliższych ostatni uśmiech i powoli odeszłam w stronę drzwi. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam drzwi. Na ganku czekał na mnie wysoki blondyn z przyjaznymi zielonymi oczami, miał na sobie czarny garnitur, a w ręce trzymał kwiaty. Na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech, może nie będzie tak źle. Chłopak spojrzał w moją stronę. Zamurowało go, uśmiechnęłam się po raz drugi, chłopak odwzajemnił uśmiech i podszedł do mnie.
- Wyglądasz...- uśmiechnęłam się nieśmiało. - Przepięknie. To dla ciebie. - dodał i wręczył mi bukiet kwiatów
- Dziękuję Josh. - odpowiedziałam, powąchałam kwiaty, a chłopak wziął mnie pod ramię i zaprowadził do auta.
Uważając na suknie wsiadłam do środka, przypięłam się pasami i odetchnęłam. Ten wieczór będzie cudowny. - myślałam. Musi być, wszyscy moi przyjaciele tam będą. Ani się obejrzałam jak dojechaliśmy przed szkołę, Josh wysiadł z auta i otworzył mi drzwi. Podziękowałam mu uśmiech i razem poszliśmy do szkoły. Przy wejściu poprosiłam Josha, żeby poczekał na mnie w szkole. Chłopak bez sprzeciwów wszedł do szkoły. Ludzie z mojej szkoły powoli się zbierali, wszyscy wyglądali tak ślicznie. Uśmiechali się, śmiali, żyli pełnią życia.
- Nelly! - zawołał ktoś za mną.
Obróciłam się, a za mną stali Jane, Alex, Carmen, Austin, Eddie. Uśmiechnęłam się na ich widok. Dziewczyny wyglądały nieziemsko, chłopcy też niczego sobie. Mój wzrok zszedł na Austina i Jane, trzymali się za ręce. Wyglądali naprawdę uroczo. Po wstępnych pogaduchach, wszyscy weszliśmy do środka. Zamurowało mnie, szkoła wyglądało zupełnie inaczej. Było pełno białych kwiatów, ozdobników, świateł, ( co w moim przypadku najważniejsze) jedzenia. Bal odbywał się na sali gimnastycznej. Muzyka zaczęła grać, pary tańczyły w rytm muzyki. Josh poprosił mnie do tańce, zgodziłem się i weszliśmy na parkiet. Przetańczyłam dobre dwie godziny, potem muzyka ucichła, a na scenę weszła Wice-Dyrektorka. Zdziwiłam się, wszyscy niechętnie obrócili się w jej stronę.
- Moi kochani! Witam was na dorocznym balu! - powiedziała promiennie.
Była dziwnie....miła? Mniejsza...Może coś brała... ? Wzięłam głęboki wdech i znów na nią spojrzałam. Usłyszałam kilka chichotów.
- Mam sposobność powiadomić was, że na dzisiejszym balu wystąpi jedna z uczennic. Przywitajcie gromkimi brawami Jane Mikelson!
Kiedy do nas mówiła tak się szczerzyła, że to pewne, że coś brała...Zdziwiłam się, Jane? Łał, na pewno będzie świetnie. Moja przyjaciółka pewnym krokiem weszła na scenę. Wzięła mikrofon i zaczęła śpiewać "Hallelujah" Bon Jovie'ego. Oniemiałam, Jane miała naprawdę cudowny głos. Słuchałam jak zaczarowana przez 6 minut. Kiedy skończyła, wszyscy klaskali. Pogratulowałam Jane i postanowiłam się przewietrzyć. Nie było za ciepło, ale tak orzeźwiająco. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech.Nagle ktoś przygwoździł mnie do ściany i zaczął podduszać.
- Co do chol... - nie mogłam dokończyć, bo mój napastnik mi to uniemożliwił.
- Wiem co zrobiliście. - powiedział przez zęby, nie rozluźniając uścisku.
- O co ci chodzi? - zapytałam słabo.
W świetle lamp zobaczyłam jego twarz. Miał krótkie, nastroszone brązowe włosy i ciepłe brązowe oczy. Nagle ich kolor zmienił się na czerwono - czarny. Cholera, ciemnokrwisty! Przestraszyłam się, zaczęłam rozpaczliwie czerpać powietrza.
- GDZIE ONA JEST ?! - wykrzyczał w moją stronę.
Łzy stanęły mi w oczach. Nagle ktoś odciągnął ]bruneta i cisnął nim 2 metry ode mnie, następnie mój oprawca zniknął. Zaczerpnęłam powietrza i nerwowo rozmasowywałam sobie szyję. Wytężyłam wzrok, aby zobaczyć wybawcę. Czarno włosy chłopak z nieziemsko niebieskimi oczami mi się przyglądał,a na jego twarzy zawitał wredny uśmiech.
- Nie jesteśmy razem jakieś dwa dni, a ty znów potrzebujesz mojej pomocy. - powiedział rozbawiony Tay.
- Nie prosiłam Cię o pomoc. - syknęłam przez zęby,
- Jaasne. Chciałbym zobaczyć, co by z tobą było, gdyby nie ja. - zmierzył mnie wzrokiem. - ślicznie wyglądasz.
Prychnęłam i usiadłam na ławce, brunet szybko do mnie dołączył, przewróciłam oczami.
- Nie no, ale jakieś "Dziękuje" by się jednak przydało. - zażądał rozbawiony.
- Chciałbyś. -prychnęłam i poprawiłam włosy.
- Serio mówię. - powiedział i się uśmiechnął.
Niestety zrobił to w taki sposób, który uwielbiałam. A niech go szlag! Westchnęłam i zwróciłam się do Taya.
- Dziękuje. - powiedziałam przez zęby.
- Od razu lepiej. - oznajmił rozbawiony.
Chłopak ujął kosmyk moich włosów. Jego palce delikatnie pogładziły mój policzek, a po chwili powędrowały w górę, aż do skroni. Siedziałam jak porażona piorunem, niezdolna się poruszyć, czy odetchnąć. Cholera dlaczego ja nie chciałam tego powstrzymać. Był we mnie wpatrzony jak w obrazek.
- Jesteś naprawdę piękna. - szepnął. Przybliżył swoją twarz do mojej.
- Zostaw ją! - krzyknął ktoś za nami.
Energicznie wstałam i spojrzałam w stronę dochodzącego głosu. W drzwiach stały Alex, Carmen i Jane. Podbiegłam do nich. Tay także wstał i uniósł ręce ku górze.
- Spokojnie, przecież nic nie robię. - odpowiedział rozbawiony.
Zobaczyłam jak na ręce Alex pojawiła się kula ognia, która poleciała w stronę Taya. Chłopak syknął i upadł na kolana. Dziewczyna była gotowa atakować dalej. Nie mogłam tak patrzeć.
- Alex, przestań. - szepnęłam błagalnie.
Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona i wściekła. Przełknęła ślinę, ogień zniknął a dziewczyna podeszła do chłopaka.
- Czego chcesz? - syknęła
- Niczego takiego. Jestem przejazdem. - mówił beznamiętnie.
- Czy po zamknięciu Celestii, nie powinieneś, no nie wiem....zniknąć?!
- Oh ty głupiutka, mała Alex. - mówił dalej
- Naprawdę myślisz, że po pokonaniu Celestii coś zmienisz? - pytał. - Ich jest więcej. To zaledwie początek. - oznajmił, uśmiechnął się wrednie i zniknął.
Spojrzałam przerażona w stronę przyjaciółek, one również przerażone patrzyły na mnie. Co to miało znać? Kto jeszcze jest? Co nas czeka? Czy Tay miał rację mówiąc, że to zaledwie początek? Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi....

Koniec.
________________________________________________
Więc tak oto kochani kończę 1 Tom tego opowiadania! Nie martwcie się, niedługo zacznie się pojawiać Tom 2. Wielkie dzięki wszystkim, którzy czytali to opowiadanie! Jesteście kochane! ;**
Pozdrawiam Rysiaa<3
  • awatar Szalona Wredotka ♥: MEGA!!! :) + wpadnij do mnie. ; ) dodałam nowe wpisy.
  • awatar Kika . ♥: Muszę przyznać, że to zakończenie jest naprawdę cudowne chociaż żałuję , że to już koniec i nie mogę się doczekać aż powstanie kolejny tom <3
  • awatar DEFTO.†: Zajebiste :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Rozdział 36.

Wszystkie pojechałyśmy do centrum Jeepem Jane. Dzień zapowiadał się na ładny i słoneczny. Uśmiechnęłam się, a Carmen emocjonowała się jutrzejszym balem.
- Z kim idziecie? - zapytała wesoło Jane
Zamurowało mnie. Cholera, chłopak na bal! Na śmierć zapomniałam! Dziewczyny milczały.
- No dalej! - dodała ochoczo - Ja zacznę, idę z Austinem!
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Carmen.
- Serio, z Austinem? - zapytałam
- Yhm. - odpowiedziała wesoło Jane
- Ja idę sama. - zadeklarowała Alex
- Jak to? - zapytała smutno Carmen.
- To nic. - odpowiedziała wesoło Alex. - Już wolę iść sama, niż z jakimś niedorozwiniętym bachorem. A ty Car?
- Ja....No, wiesz...Eeee...Ja idę z....- dziewczyna wzięła głęboki wdech. - Idę z Eddiem.
Alex spojrzała na nią z niedowierzaniem. Zdziwiłam się, Car i brat Alex? Chociaż, szczere powiedziawszy byłam mile zaskoczona, że Carmen znalazła sobie chłopaka. Dziewczyny skierowały swój wzrok na mnie. Spojrzałam na nie niewinnie i wyjęłam telefon.
- Idziesz sama? - zapytała smutno Jane
Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się smutno.
- Mam pomysł, mój kuzyn przyjeżdża jutro rano. Znasz go, to Josh, on Cię lubi. Możesz pójść z nim. - zaproponowała Carmen
- Jasne. - mruknęłam i odwróciłam się w stronę okna.
Świetnie, idę z jakimś Joshem. Przyjechał tu jakieś 3 miesiące temu, jest od nas o rok starszy. Wydaje się fajny i miły, ale trudno jest przeżyć z nim jeden dzień... Spojrzałam przez okno, dojeżdżałyśmy do Centrum handlowego. Uśmiechnęłam się z nadchodzących zakupów.
- Jesteśmy! - powiedziała wesoło Jane parkując samochód.
Szczęśliwe wysiadłyśmy z auta i weszłyśmy do środka. W centrum było mnóstwo ludzi. Kilka nawet z naszej szkoły. Odwiedziłyśmy z dziewczynami mnóstwo sklepów. Wyszło na tym, że ja kupiłam długą, czarną sukienkę bez ramiączek. Alex, beżowo-czarną, również bez ramiączek. Jane, długą czerwoną suknie również bez ramiączek. Carmen, długą, białą suknie, także bez ramiączek. Bardzo szczęśliwe wpakowałyśmy zakupy do bagażnika i wróciłyśmy do domu. Było już około 18. Jane każdą z nas podwoziła pod sam dom. Podziękowałam im i powoli weszłam do domu. Od razu podbiegła do mnie Sophie i przytuliła mnie bardzo mocno.
- Hej! Sophie, puścisz mnie, troszeczkę się duszę... - powiedziałam słabo.
Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie i zaczęła oglądać mój nowy nabytek. Usiadłam na przeciw niej, na kanapie. Mama krzątała się w kuchni. Byli tacy niewinnie, żyją nie widząc o tym wszystkim co się naprawdę dzieję. Po części byłam szczęśliwa, ale jednak się bałam. Bałam się, że coś im się stanie, że ja nie będę mogła nic zrobić, żeby temu zapobiec...
- Jaka śliczna sukienka! - pisnęła Sophie
- Dzięki. - odpowiedziałam. - Ja już pójdę do góry, jestem zmęczona.
Moja siostra i mama uśmiechnęły się tylko na znak zgody. Odwzajemniłam uśmiechem i poszłam do góry. Mówiłam prawdę, naprawdę byłam zmęczona kilkogodzinnymi zakupami. Zaatakowałam łóżko, a koło mnie położył się Kol.
- Cześć mały! - powiedziałam wesoło i pogłaskałam go za uszami.
Pies zamruczała z lubością i wtulił się we mnie. Automatycznie się uspokoiłam. Kol zszedł z łóżka. Po chwili jednak usłyszałam szczekanie, wstałam z łóżka i podeszłam do husky'iego. Piesek trzymał swoją łapkę na otwartej księdze z biblioteki.
- Kol! - powiedziałam, wzięłam książkę i otrzepałam ją od sierści mojego podopiecznego. Zaczęłam czytać stronę, który pokazał mi pies.
" W naszym świecie istnieją również tzw. 'pomocnicy'. Są to najczęściej zwierzęta. Mają różne specjalne zdolności. Potrafią uspokajać poprzez dotyk, kamuflować się, mieszać ludziom w głowach, latać,[...] Żyją najczęściej samotnie, albo z magami.[...] Można je poznać po niesamowicie niebieskich oczach i znamionach na grzbiecie. [...]"
Zamknęłam księgę i spojrzałam badawczo na Kola. On tylko uśmiechała się wesoło, po czym wskoczył mi na kolana. Poczułam to, tą aurę emanującego spokoju. W tym domu to nawet mój pies ma magiczne zdolności?!
- Jesteś pomocnikiem. - szepnęłam w stronę pieska.
On się znów uśmiechnął i poszedł do siebie spać. Oszołomiona siedziałam na łóżku. Po 5 minutach wzięłam szybki prysznic i poszłam spać
**
Obudził mnie grzmot. Powoli wstałam i podeszłam do okna. Byłam burza, co chwilę błyskało, wiatr łamał gałęzie. Przestraszyłam się, bo takie wyładowania już dawno nie miały miejsca w tym mieście. Nagle poczułam czyiś oddech na karku. Przeszedł mnie dreszcz, przełknęłam głośno ślinę i obróciłam się.
- Tay. - szepnęłam przerażona.
_________________________________________________
I jak ? ;3
  • awatar Expirion.†: Suknia Alex najbardziej mi się podoba, choć pozostałe są równie piękne ! Rozdział jest, cóż - genialny. Mimo ze nie czytałam poprzednich, mniej więcej mogę się zorientować co i jak, dzięki Twoim boskim opisom. Wszystko jest takie piekne. Niesamowite opowiadanie. Zaintrygowałaś mnie Kol'em ^^ I co z tym balem :D Czekam +dodaję do obserw. :P
  • awatar Kika . ♥: - To co napisałaś jest cudowne <3
  • awatar Szalona Wredotka ♥: Piękna pierwsza sukienka! Oo <3 zakochałam się *__* ... :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Rozdział 35.

Mama pozwoliła dziewczyną zostać na noc. Czułam się lepiej w gronie przyjaciółek. Skombinowałyśmy jedzenie i picie.
- Co oglądamy? - zapytała Carmen
- Może " Szybcy i wściekli 5"? - zaproponowała Alex
- Jasne! - powiedziałyśmy wszystkie razem.
Było świetnie. Śmiałyśmy się i rzucałyśmy popcornem po całym pokoju. Bardzo się cieszyłam, że dziewczyny są ze mną. Jadłyśmy chipsy i ciastka.
- Co robimy? - zapytała Jane po obejrzeniu filmu.
- Mam pomysł. - powiedziała uśmiechnięta Carmen. Było pewne, że się nie wywiniemy.
Wstała i podeszła do komputera. Patrzyłam na nią zaciekawiona. Carmen puściła jakąś piosenkę, włączyła głośniki, wzięła mikrofon i podeszła do nas. Przeraziłam się, bo wiedziałam co moja przyjaciółka ma zamiar zrobić.
- O nie, nie, nie! - powiedziała Alex.
- No dalej nie dajcie się prosić! - pisnęła Carmen i zrobiła minę kota ze Shreka.
- No dobra. - mruknęła Jane i wzięła mikrofon od brunetki.
Wszystkie usiadłyśmy na kancie łóżka, a Jane zaczęła śpiewać. Byłam oszołomiona wokalem mojej przyjaciółki. Miała cudowny głos. Zaczęłyśmy klaskać w rytm muzyki. Jane zaczęła się śmiać i podała mi mikrofon. Chciałam się jakoś wywinąć, ale dziewczyny mnie przekonały. Zaczęłam śpiewać, ale nie dorastałam Jane do pięt. Kiedy skończyłam, wszystkie zaczęłyśmy tańczyć. Śmiałyśmy się i tańczyłyśmy. Było extra. Bawiłyśmy się jeszcze z godzinkę, a potem postanowiłyśmy, że się położymy. Poszłam do łazienki i obmyłam twarz zimną wodą. Chciałam przejrzeć się w lustrze, ale zamiast siebie zobaczyłam...
- Tay! - powiedziałam przerażona i odeszłam od lustra.
- Musimy porozmawiać. - odpowiedział z powagą.
- Nic nie musimy! - krzyknęłam i rzuciłam w lustro szczotką do włosów.
Szkło pękło. Próbowałam się uspokoić. Po łazienki wparowała Jane, Alex i Carmen.
- Co się stało? - zapytała przerażona Car.
- Widziałam go. - szepnęłam
- Widziałaś kogo? - dopytywała moja przyjaciółka.
- Widziałam Taya. - odpowiedziałam słabo.
***
Wzięłyśmy śpiwory i położyłyśmy się na podłodze w moim pokoju. Gadałyśmy jeszcze do 2 w nocy, potem zmorzył mnie sen.
Byłam na plaży, woda obmywała mi nogi, a słońce ogrzewało mi twarz. Zamknęłam oczy, było cudownie. Nagle ktoś położył mi rękę na ramieniu. Uśmiechnięta obróciłam się, gdy zdałam sobie sprawę kto to jest uśmiech zszedł mi z twarzy.
- Wynoś się! - krzyknęłam w stronę chłopaka
- Musimy porozmawiać. - nalegał.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - syknęłam przez zęby.
- Nelly, proszę!
- Przykro mi Tay. - szepnęłam. - A teraz wynoś się z mojej głowy! - wrzasnęłam.
Obudziłam się. Przeczesałam włosy ręką i rozejrzałam się po pokoju. Jane już nie było, a Alex i Carmen spały. Powoli wstałam i spakowałam swój śpiwór.
- Jane? - zawołałam
- Tu jestem. - powiedziała moja przyjaciółka wychodząc z łazienki. Miała na sobie czarne rurki i biała koszulę.
Uśmiechnęłam się i podeszłam do Carmen. Potrząsnęłam ją za ramię. Dziewczyna otworzyła oczy i powoli wstała. Została mi tylko Alex.
- Alex, wstawaj. - zawołałam do rudej.
Dziewczyna coś mruknęłam i położyła się na brzuch. Westchnęłam i spojrzałam na Jane.
- Mam pomysł. - powiedziała uśmiechnięta i wróciła do łazienki.
Spojrzałam pytająco na Carmen, ona tylko wzruszyła ramionami. Poczekałyśmy chwilkę, a po chwili wróciła do nas Jane. Jedną rękę trzymała przy głowie, a nad nią była kula wody. Uśmiechnięta dziewczyna podeszła do Alex, podniosła drugą rękę, a pierwszą przekręciła w lewo, dzieląc kulę na pół. Opuściła lewą rękę, a wodą zleciła na głowę Alex.
- Ej! Zwariowałaś! - wrzasnęła Ruda i energicznie wstała.
Wybuchnęłyśmy śmiechem, Jane drugą część wodnej kuli wyrzuciła przez okno. Alex na początku miała obrażoną minę, ale zaraz potem także wybuchnęła śmiechem. Nagle usłyszałyśmy krzyk. Zaciekawione podeszłyśmy do okna. Koło mojego domu zobaczyłyśmy mokrą Kimberly. Znowu wybuchnęłyśmy śmiechem, a Kim spiorunowała nas wzrokiem i poszła dalej.

***

- Co robimy? - zapytałam po zjedzeniu dużego śniadania.
Alex i Jane wzruszył ramionami.
- Mam pomysł. - powiedziała uśmiechnięta Carmen. - Jedziemy na zakupy, trzeba przecież kupić sukienki, przecież jutro bal!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

elayna98
 
helloidiot
 
Hej
Kiedy coś dodasz?
 

 
Rozdział 34
Stałam i patrzyłam w ciemność, nie było już tam Taya. Nagle poczułam jak ktoś mnie łapie od tyłu.
- Coś nie tak słońce? - szepnął mi do ucha.
Dreszcz przeszedł całe moje ciało. Patrzyłam przed siebie, chciałam to wszystko jakoś poukładać. Tay bawił się moimi włosami, nie puszczając moich rąk. Chciałam się wyrwać, ale chłopak był za silny.
- Puść mnie. - syknęłam
Chłopak tylko się zaśmiał. Skupiłam się, zaczął wiać mocny wiatr. Skupiłam jego siłę na Tayu. Chłopak puścił mnie. Obróciłam się i uspokoiłam się. Wiatr przestał wiać.
- Odważnie. - powiedział i przybliżył się do mnie tak, że dzieliło nas kilka centymetrów.
- Kim ty jesteś?
- Nie udawaj, że nie wiesz. - powiedział rozbawiony - Jestem ciemnokrwistym.
- C..co? - wyjąkałam
- Jeny, ale ty mało spostrzegawcza. - powiedział nadal rozbawiony - Jestem na usługach Celestii i byłem przez ten cały czas. Nie pamiętasz naszego pierwszego spotkania? Bolała Cię wtedy głowa. Nie będę ukrywać, że to była moja zasługa. Musiałem się upewnić, że jesteś magiem. Naprawdę myślałaś, że coś dla mnie znaczysz? Hahahha, to zabawne. - powiedział i wybuchnął śmiechem
Mój świat się właśnie zawalił, w tej minucie. Moje serce rozpadało się na miliony kawałków. Jaka ja jestem naiwna! Mogłam się przecież domyślić! Nienawidzę go! Nienawidzę!!!!! Łzy napłynęły mi do oczu. Chłopak podszedł do mnie i zaczął wycierać łzy.
- Nie dotykaj mnie. - syknęłam przez zęby
Tay się zaśmiał.
- Czyli nic do mnie nigdy nie czułeś?
- Nie. Jesteś dla mnie niczym. - powiedział akcentując każdą literę.
Osunęłam się na kolana. Płakałam, on tylko się śmiał. Dlaczego to, do cholery musi tak boleć?! Chciałam zniknąć. Przestać istnieć, umrzeć. Spojrzałam na niego zapłakanymi oczami. Tay zamknął oczy a ja znalazłam się w swoim pokoju. Usiadłam na łóżku i zakryłam twarz rękami. Nagle ktoś wszedł do mojego pokoju.Podniosłam wzrok, to była Sophie.
- Hej, mama woła Cię od 10 minut, więc bądź tak dobra i zejdź na dół. - powiedział szybko i spojrzała na mnie. - Co się stało?
Dziewczyna usiadła koło mnie i przytuliła, wybuchnęłam płaczem. Sophie głaskała mnie po głowie i uspakajała. Przypominało mi to czasy, kiedy to Sophie miała złamane serce, a ja ją pocieszałam. Teraz to ja mam złamane serce, a ona mnie pociesza.
- Spokojnie, powiedz powoli co się stało. - powiedziała i wytarła mi ręką łzy z policzków.
- Nic takiego. - powiedział próbując wymusić uśmiech.
- Nie płacze się bez powodu. Chłopak Cię rzucił? - zapytała z troską w głosie
Tylko przytaknęłam a ona przytuliła mnie jeszcze mocniej. Siedziałyśmy w takiej pozycji jeszcze kilka minut. Byłam wdzięczna siostrze ze mną jest.
- Poczekaj, ja za chwileczkę wrócę. - powiedziała i wyszła z mojego pokoju.
Wstałam i spojrzałam na zdjęcie stojące na etażerce. Byłam na nim ja z Tayem. Uśmiechnięci i przytuleni. Patrzyłam z odrazą na to zdjęcie, rzuciłam je o ziemie. Szkiełko pękło a ja wyjęłam zdjęcie. Na szafce stała zapalona świeczka. Podbiegłam do niej i zapaliłam kant zdjęcie. Ogień powoli zajmował całą powierzchnie zdjęcia. Gdy już się spaliło wrzuciłam je do kosza. Poszłam do łazienki, spojrzałam na siebie w lustrze, wyglądałam okropnie. Makijaż rozmazany, oczy czerwone od płaczu, włosy brudne i mokre. Wzięłam szybki prysznic i ogarnęłam się. Ubrałam dresy i zaatakowałam łóżko. Postanowiłam, że nie będę płakać przez niego. Nie jest tego wart. Obróciłam się, ktoś patrzył na mnie dużymi błękitnymi oczami.
- Kol! - powiedziała szczęśliwa i przytuliłam mocno psa.
Nie walczył, również się we mnie wtulił. W tym momencie, znów ktoś wszedł do mojego pokoju. Obróciłam się, stała w nich Sophie.
- Pomyślałam, że przyda Ci się wsparcie. - powiedziała uśmiechnięta i szerzej otworzyła drzwi.
Do mojego pokoju wpadły Alex, Jane i Carmen. Wstałam i ję przytuliłam. Podziękowałam Sophie, a ona wyszła.
- Słyszałyśmy od Sophie co się stało, to prawda? - zapytała Carmen
- Tak.
- Przykro nam - powiedziały razem Jane i Carmen.
- Palant. - dodała Alex
Jeszcze raz mnie przytuliły. Usiadłyśmy na dywanie. Miałam masę pytań.
- Udało się? - szepnęłam
- Tak. - odpowiedziały podekscytowane
- Celestia jest zamknięta w amulecie. Zaniosłyśmy amulet do biblioteki i zamknęłyśmy w specjalnej szkatułce. - powiedziała Carmen.
- A..a Sienna? - wydukałam
Alex przekręciła przecząco głową. Było mi strasznie przykro. Sienna miała tyle planów, a teraz jest znów gwiazdą.
- No dobra nie smućmy się! - powiedziała Jane. - Mam pomysł na to żeby ten wieczór spędzić fajnie.
- Jaki?
- Pidżama party! - powiedziała z entuzjazmem.
  • awatar Life gives nothing, you must take it♥: Ekstraa <3 Wbijaj do mnie i zostaw coś po sobie :)
  • awatar Bethanie: Poświęciłam trochę czasu i przeczytałam wszystko. Od deski do deski. :D No cóż, początek mnie trochę irytował. Było sporo błędów interpunkcyjnych, brak akapitów no i błędy językowe, ale potem jak się rozkręciłaś, to tak mnie wciągła ta historia, że ewidentnie jestem zachwycona! Czekam na kolejne rozdziały. Gratuluję big talentu, naprawdę ;* Pozdrawiam ;**
  • awatar Szalona Wredotka ♥: Oo Mega! :) + dodaję do obserwowanych :) Czekam na ciąg dalszy <333
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Rozdział 33.
Czekałam, ściskając sztylet w prawej ręce. Nerwowo rozejrzałam się dookoła siebie. Słyszałam bicie mojego serca. Usłyszałam warkot. Obróciłam się w prawo. Coś wychodziło z lasu. Przyszykowałam się na atak. Zauważyłam odciski łap przede mną, zwierzak biegł prosto na mnie. W ostatniej chwili odskoczyłam na bok a zwierzak obrócił się szybko, zawarczał i rzucił się na mnie. Walnęłam o pień drzewa, osunęłam się na trawę, a sztylet wypadł mi z ręki. Poczułam nagły spadek energii. Czułam oddech zwierzaka na policzku. Na półprzytomna podniosłam sztylet i wbiłam mu go prosto w mostek. Potwór zniknął a ja powoli wstała, otrzepałam się, schowałam sztylet i pobiegłam na łąkę. Dziewczyny już na mnie czekały. Widać było, że były zszokowane i lekko zmęczone. Wymieniłam z nimi porozumiewawcze spojrzenia i cichutko weszłam do willi. Jak zawsze było tam ponuro i mrocznie. Usłyszałam skrzypnięcie, więc zachowałam się za ścianą. Spoglądałam na schody. Celestii nigdzie nie było. Nagle poczułam szarpnięcie i walnęłam o ścianę naprzeciwko.
- Naprawdę myślisz, że jestem taka GŁUPIA?! - krzyknęła na mnie.
Kobieta przekręciła nadgarstek, a ja poczułam jakby ktoś mnie podduszał. Zaczęłam rozpaczliwie czerpać powietrze.
- Ojojoj. Widzę, że trucizna szybko się roznosi. - zaczęłam ze złowrogim uśmieszkiem. - Ile Ci zostało tydzień, dwa dni? Jaka ty jesteś głupia, żeby tu przychodzić i to do tego sama - dokończyła i wybuchła śmiechem.
- Kto powiedział, że jestem sama? - zapytałam słabo.
Celestie energicznie się obróciła, ale zaraz potem została odrzucona na drugi koniec pokoju. Automatycznie upadłam, Carmen do mnie podbiegła i pomogła mi wstać.
- O! Towarzystwo, jak miło. - powiedziała kobieta ze sztucznym uśmiechem.
- Poddaj się. Nas są cztery a ty jedna, nie masz szans. - powiedziała Alex
- A kto powiedział, że JA jestem sama.? - odpowiedziała z wrednym uśmiechem
Mimowolnie spojrzałam na Celestie, za nią, z mroku wyłonili się dwaj chłopacy. Mieli ciemne stroje, rozczochrane włosy i złowrogie, pełne cierpienia i wściekłości czerwono-czarne oczy. Ilustrowali nas wzrokiem.
- To...może zaczniemy zabawę? - powiedziała kobieta a chłopacy rzucili się na nas.
Odskoczyłam na bok i odrzuciłam jednego chłopaka jakieś 5 metrów ode mnie. Jane i Carmen walczyły z drugim. Alex podjęła się znalezienia naszyjnika. Ja podbiegłam do Celestii i odrzuciłam ją. Okropny ból złapał mnie w prawej ręce. Syknęłam i złapałam się za nie. Kobieta podeszła bliżej mnie. Zaczęła przekręcać nadgarstek a ja poczułam ucisk w klatce piersiowej. Nagle jakieś wielka kula uderzyła pomiędzy mną a Celestią. Siła uderzenia odrzuciła mnie, czego skutkiem było walnięcie w ścianę. Zobaczyłam Alex ściskającą w ręce amulet naszego wroga. Na dłoniach Celestii pojawiły się błyskawice, była bardzo potężna. Światła zaczęły migać, wiatr wiać a iskry były już w całym pokoju. Alex patrzyła przerażona na kobietę. Celestia wymierzyła w jej stronę i zaatakowała. Nagle pomiędzy kobietą a moją przyjaciółką pojawił się ktoś. Siła uderzenia trafiła w tą tajemniczą osobę. W tym samym momencie Jane zaatakowała Celestie, kobieta opadła na zimną posadzkę, ale była przytomna. Postać powoli upadała na podłogę. Ujrzałam jej twarz. To była Sienna.
- Nie! - krzyknęłam, a martwe ciało Sienny spoczęło na kafelkach. - Nie, nie, nie! Sienna!! Nie, nie, to się nie dzieję!
Schowałam zapłakaną twarz w dłoniach. Spojrzałam przed siebie. Celestia powoli wstała i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z jednym z chłopaków. Ten właśnie podszedł do mnie i chwycił mnie za podbródek. Wyrywałam się, ale chłopak nie odpuszczał. Zrezygnowana spojrzałam na niego. Jego oczy się zmieniły z tych okropnych na piękne, zielone. Co najlepsze, znałam go. Uśmiechnął się złowrogo i zamknął oczy. Wszystko zaczęło wirować, a ostatnie co zobaczyłam, to dziewczyny tworzące krąg wokół Celestii. Otworzyłam oczy, nie byłam w tamtym domu, siedziałam na ławce przy jakimś parku. Deszcz mocno padał. Ku mnie szedł mój porywacz. Nie mogłam uwierzyć, że to on. Taylor. Ku mnie szedł Taylor Martin.
________________________________________________
No to proszę, 33 rozdział
Mam nadzieję, że wam się spodoba ;**
Pozdrawiam Rysiaa<3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Rozdział 32.
- że,...ja.... Co?! - pytałam jeszcze bardziej przerażona.
- Spokojnie, jeżeli zamkniemy Celstie w jej naszyjniku, trucizna przestanie działać. -
- Co teraz mam robić.?
- Teraz, to idziesz ze mną. - powiedziała Sienna i złapała mnie za ręce.
Obudziłam się, ale nie byłam w swoim wygodnym łóżku. Siedziałam na zimnej posadce w bibliotece. Po chwili zaczęły się w niej pojawiać reszta dziewczyn. Były zdezorientowane i ubrane w pidżamę. Zakładam, że Sienna je przed chwilą obudziła. Tylko Alex była w dresach, a w ręce trzymała kubełek lodów.
- O co chodzi? - pytała Alex. - chciałam pójść do swojego pokoju, puścić jakiś horror, a gdy brałam jedzenie z lodówki pojawiam się tu.
- Siennna, po co nas ściągnęłaś. - zapytała słabo Carmen.
Spojrzałam na dziewczyny i odsłoniłam ramię. Dziewczyny wstały i podeszły do mnie.
- Co Ci się stało? - zapytał Jane.
- To Celestia, - zaczęła Sienna - zatruła Nelly, trucizna powoli rozchodzi się po ciele. Mamy kilka dni, żeby to powstrzymać inaczej Nelly...umrze.
Dziewczyny patrzyły się z przerażeniem na mnie i Sienne.
- Ale, Sienna, myślisz, że rodzice nie zauważą jak nie będzie nas przez TYDZIEŃ?! - powiedziała zdenerwowana.
- Spokojnie, pomyślałam o tym. - odpowiedziała, zamknęła oczy i zaczęła coś mamrotać.
Dziwnie się poczułam, widać było, że one też. Jakieś mgiełka zaczęła mnie otaczać, kompletnie nie wiedziałam co robić. Nagle mgiełka, szybko ( i trochę boleśnie ) oderwała się ode mnie. Spojrzałam na nią, ale jej już nie było. Tam gdzie powinna być mgiełka, zobaczyłam siebie, dziewczyna miała długie blond loki i zielone oczy. Była ubrana w pidżamę, identyczną do mojej. Rozejrzałam się, koło Alex, Jane i Carmen również stały ich kopie.
- Co to? - zapytałam zdezorientowana
- Sobowtóry. - opowiedziała pogodnie. - do momentu w którym nie wrócicie do domu, one będą wami. Mają wasze wspomnienie i pomięć. Wiedzą to co wy. Nie mają waszych mocy. Każdy człowiek będzie przekonany, że to ty. Osoby nadprzyrodzone, mogą to zauważyć, ponieważ sobowtóry mają znamiona w postaci kluczy na karku. - Teraz zwróciła się do naszych kopi - Idźcie do domów waszych pierwowzorów, zachowujcie się normalnie i czekajcie aż wrócą.
Sobowtóry zniknęły.
- Dobra. Idźcie spać. Tam są sypialnie - powiedziała i wskazała na drzwi naprzeciw jej. - Jutro zaczynamy ciężką procę. Dobranoc.
Posłusznie, bez słowa rozeszłyśmy się do swoich pokoi. Były dość obszerne. W centrum stało wielkie łóżko. Po bokach różne półeczki i szafki. W pokoju były jeszcze jedne drzwi, od łazienki. Poszłam się szybko umyć, a następnie zaatakowałam łóżko. Ramię bolało mnie cały wieczór. Czułam się strasznie. Co będzie jak nam się uda. Moja rodzina nic nie świadoma będzie żyła z moim sobowtórem. Ja już nigdy jej nie zobaczę. Dlaczego właśnie ja? Co ja takiego zrobiłam, że muszę przez to wszystko przechodzić. Spojrzałam na nadgarstki. Było wręcz widać jak krew przepływa przez żyły w rytm serca, które było coraz słabsze. Przełknęłam ślinę i poszłam spać. Rano obudziła mnie Sienna. Ubrałam się i wyszłam z pokoju. Po kilku minutach wszystkie byłyśmy w bibliotece.
- No dobrze. - zaczęła Sienna - Jak wiecie, żeby pokonać Celestie i uratować Nelly, trzeba ją zamknąć w jej naszyjniku, który nosiła jako mag. Nauczę was złożonego zaklęcia, który umożliwi wam zamknięcie Celestii. Mamy przewagę, ale pamiętajcie, że ona jest potężna i z miłą chęcią nie da się pokonać. Celestia ma swoich tzn. ochroniarzy. Są to psy ciemności. Są niewidzialne, bardzo silne i zawzięte żeby służyć swojemu panu lub pani. Nie zniszczycie ich zaklęciami. Można je pokonać tylko sztyletem - powiedziała i rzuciła nam je. - Nauczę was korzystania z nich. Musicie być dobrze przygotowane i mieć plan. Więc, zaczynamy !
Sienna przeniosła nas na salę ćwiczeń. Najpierw uczyła nas posługiwaniem się sztyletami. Ciężko było, ale po dniu ćwiczeń, opanowałyśmy to. W następnie dni Sienna uczyła nas tego zaklęcia. Szło nam nawet, nawet. Mój stan się pogarszał. Czułam, że zostało mi mało czasu. Po kilku dniach opanowałyśmy zaklęcie, miałyśmy plan. Ubrałyśmy się w to samo co na pierwszych treningach. Dodałyśmy jeszcze kilka gadżetów i mogłyśmy iść. Poczułam ból w okolicach klatki piersiowej. Trucizna była coraz bliżej serca.
- Dziewczyny. Jesteście w tym nowe, a takie rzeczy już musicie robić. Jestem z was dumna, bo się nie poddajecie, walczycie, a o to w tym wszystkim chodzi. Macie moc, żeby to zrobić, macie moc by pokonać Celestie. Powodzenia! - powiedziała poważnie i zamknęła oczy.
Chwilę potem znalazłyśmy się w środku tej przeklętej puszczy. Usłyszałam warczenie. Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenia z dziewczynami, wyjęłam sztylet i pobiegłam przed siebie. Każda z nas rozeszła się w innym kierunki. Ponownie usłyszałam warczenie i dudnienie. Uśmiechnęłam się do siebie. Przyśpieszyłam kroku. Udało się i stwór mnie gonił. Obróciłam sztylet w ręce, zatrzymałam się i czekałam.
__________________________________________________
Podoba się? ;3
 

 
Rozdział 31 " Co się dzieję, do cholery?!"

- Możemy porozmawiać - zaczęła - to pilne!
- Jasne, chodź do góry. - zaproponowałam
Weszłyśmy do mojego pokoju. Dziewczyna usiadła na brzegu mojego łóżku. Wyglądała jakby zobaczyła ducha.
- O co chodzi? - zapytałam, nie rozumiałam co się dzieję.
- Zacznę od tego, że wiem, że ty, Jane, Alex i Carmen jesteście magami. Ja...ja widzę duchy. Dowiedziałam się tego dzisiaj. Ja, ja nie wiem co robić. - powiedziała załamana
- Dlaczego przychodzisz z tym właśnie do mnie?
- Bo jesteś jedyną miła osobą, którą poznałam od miesięcy.
- Dzięki, powiedz mi jak to się wszystko zaczęło?
- No więc, to wszystko zaczęło się po śmierci mojej najlepszej przyjaciółki, Gwen. Byłam załamana, nie miałam ochoty żyć. Nikt nie miał ze mną wtedy kontaktu. Kilka tygodni po tym poznałam Cornelie. Okazała się dla mnie wsparciem. Poznałam ją 1.5 roku temu i pomyśleć, że dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego kim jest. Teraz Corn powiedziała, że mi pomoże, że jest moim...
- przewodnikiem. - dokończyłam
- Tak, no właśnie. Dzięki, że mnie wysłuchałaś, musiałam się komuś wygadać. - powiedziała z wyraźną ulgą. - Nelly, pokazałabyś mi jak czarujesz? - zapytała nieśmiało.
- Jasne, patrz.
Wstałam i podeszłam do szafki, leżały na niej 3 małe pawie z papieru. Uniosłam nad nie rękę. Pawie zaczęły powoli unosić się, jeden pod drugim. Z ust Stelli wyrwało się krótkie "Łał". Opuściłam rękę, a pawie wróciły na swoje miejsce.
- Dziękuję, ja już pójdę. - powiedziała i mnie przytuliła.
Po odwiedzinach Stelli, poszłam na dół zrobić sobie tosty. Gdy kroiłam bułki, ktoś złapał mnie z tyłu i zaczął całować w szyję.
- Hej Tay. - powiedziałam cicho. Obróciła, a nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku.
- Siadaj. Chcesz tosta? -zapytałam i wróciłam do robienia kolacji.
- Jasne. - odpowiedział ochoczo.
Po zrobieniu kolacji, podeszłam z nią do stołu. Nagle złapał mnie ból w prawym ramieniu i zakręciło mi się w głowie. Tay szybko wstał i pomógł mi usiąść. Spojrzał na mnie pytająco.
- Ramie. - odpowiedziałam słabo.
Zdjęłam sweterek, ku moim oczom okazała się dość duża rana zajmująca kawałek mojego ramienia. Dotknęłam jej, strasznie zabolało.
- Co się dzieję, do cholery?! - jęknęłam
- Słońce,.. - zaczął Tay.
- To nic, pójdę spać i mi przejdzie idź do domu. - szepnęłam
Chłopak się zgodził, ale jeszcze odprowadził mnie do pokoju. Pocałował w czoło i poszedł. Zasnęłam. Światło sparaliżował mi wzrok. Kiedy już go odzyskałam, zobaczyłam Sienne.
- Nelly, co się dzieję? - zapytała
Pokazałam jej ranę. Sienna przeraziła się. Dokładnie przeglądała całe ramię.
- Co to?
- Trucizna. - odpowiedziała cicho.
- Trucizna?! Ale jak? - dopytywałam
- Celestia. Czy ona dotknęła twojego ramienia takim polem energetycznym?
- Tak. - wydukałam - Ale co ze mną będzie?
- Musimy dorwać Celestie, zanim to się rozprowadzi. - powiedziała
- Ale co ze mną będzie, jeśli nam się nie uda? - dopytywałam przerażona.
- Umrzesz. - szepnęła
______________________________________________
I jak ? ;3
Następny rozdział powinien pojawić się ten w weekend. ;D
 

 
Rozdział 30.

- Co ty tu robisz? - zapytałam przerażona i podbiegłam do wyjścia.
- Nie tak szybko. - powiedziała i zagrodziła mi wyjście ręką. W rezultacie wylądowałam z głośnym hukiem w fotelu. Skierowała rękę na okna, a dookoła nich pojawiła się mgiełka. Celestia znów obróciła się do mnie i uśmiechnęła.
- Czego chcesz? - zapytałam i rozpaczliwie chciałam wstać. - Pomocy!
- Nie trudź się i tak nikt Cię nie słyszy. - powiedziała spokojnie. - Słyszałam, że Sophie miała wypadek, jaka szkoda.
- Ty to zrobiłaś! To przez cb Sophie tu wylądowała a Rosie nie wróciła do domu.
- Masz mnie. Tak to ja. - powiedziała z wrednym uśmiechem
- Dlaczego?
- Nazwijmy to nudą. - zaczęła - Masz coś mojego. Oddaj to, teraz! - powiedziała groźnie
- Nie. - odpowiedziałam
Celestia spojrzała na ekran na którym był odczyt pracy serca Sophie. Uśmiechnęła się a odczyt był coraz słabszy.
- Przestań!
- To oddaj mi to co moje! - odpowiedziała - Życie Sophie i Rosie jest dla mnie niczym, ale ciekawa jestem czy ty poradzisz sobie z ich śmiercią. Naprawdę chcesz mieć na sumieniu dwie osoby.
Spojrzałam na nią, miałam łzy w oczach. Posłusznie wyciągnęłam naszyjnik z kieszeni. Kobieta do mnie podeszła. Cofnęłam rękę.
- Rosie cała i zdrowa wróci do domu a Sophie przeżyje i też wróci. - oznajmiłam
- Dobrze. - odpowiedziała niechętnie
Oddałam naszyjnik Celestii ona rzuciła krótkie spojrzenie Sophie i zniknęła. Podbiegłam do siostry, nie ruszyła się. A co jeśli kobieta kłamała, jeżeli tak naprawdę ich nie uratuję, a ja naiwna dałam jej to co chciała. Miałam łzy w oczach.
- Sophie, proszę! - mówiłam do siostry - nie opuszczaj mnie, potrzebuję Cię!
Nic, Sophie leżała bez ruchu. Zaczęłam płakać. Tay wszedł do pokoju. Podbiegłam do niego. Chłopak przytulił mnie mocno. Wybuchnęłam płaczem.
- Ona umiera Tay, moja siostrzyczka umiera. - powiedziałam przez łzy.
Chłopak głaskał mnie po głowie i uspokajał.
- Spokojnie, Sophie nic nie będzie. - powiedział i pocałował mnie w czubek głowy.
- Nel, co się dzieję? - zapytała dziewczyna słabo.
Obróciłam się na pięcie. Moja siostra siedziała zdezorientowana na łóżku. Uśmiechnęłam się przez łzy, podbiegłam do niej i mocno przytuliłam. Byłam tak bardzo szczęśliwa, że Sophie nic nie jest. Tay po kilkunastu minutach pojechał do domu. Siedziałam z siostrą aż do momentu operacji. Obiecałam jej, że wpadnę jutro. Rodzice zastali jeszcze z Sophie, a ja (za ich zgodą) pojechałam spotkać się z dziewczynami. Zaparkowałam przed biblioteką i szybko przeszłam przez nasze przejście. Zbiegłam po schodach i zdyszana weszłam do pokoju.
- Nareszcie jesteście wszystkie. - powiedziała wesoło Sienna. - Trzymaj Nelly.
Dziewczyna rzuciła do mnie jakąś kulkę. Złapałam ją i rozłożyłam rękę. Kulka zaczęła powoli parować, a obłok zajął mnie całą. Kiedy zniknął, spojrzałam na siebie. Zamiast rozpuszczonych włosów, miałam pięknego kłosa. Ubrania też były inne. Miałam na sobie czarną skórzaną kurtkę i również czarne i skórzane spodnie. Komplet posiadał również błękitne elementy. Na nogach miałam wysokie kozaki na obcasie. Wszystko świetnie ze sobą współgrało. Dziewczyny wyglądały podobnie.
- Ślicznie wyglądasz - powiedziała Sienna- A teraz...
Nasza przyjaciółka zamknęła oczy, a obraz się zmienił. Nie byłyśmy już w bibliotece. Znalazłyśmy się w większym pomieszczeniu. Ściany miały ciemny kolor, a w pokoju były tylko porozrzucane różne rodzaje tarcz. W każdym z rogów zapaliły się pochodnie.
- Witajcie w sali treningowej! - zawołała Sienna. - Zrobimy mały pojedynek. Jane z Nelly na Carmen z Alex. Używajcie swoich zdolności w sposób w który was uczyłam. Zaczynamy!
Jane podbiegła do mnie i powiedziała, że zajmie się Carmen. Skinęłam i zbliżyłam się do Alex. Rudowłosa uśmiechnęła się a jej ręce zaczęły się palić. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Skupiłam się i zaatakowałam Alex. Dziewczyna pod siłą uderzenia cofnęła się , spojrzała na mnie i cisnęła w moją stronę strumieniem ognia. Odskoczyłam na bok i przewróciłam się na plecy. Alex stała nade mną, była gotowa zaatakować. Rozejrzałam się dookoła siebie, nie miałam wielu opcji. Spojrzałam na Alex, dziewczyna syknęła i upadła na kolana. Jane stała za nią a z jej rąk emanowało zimno. Skinęłam do niej, wstałam i podeszłam do Carmen. Skierowałam rękę w jej stronę, czego rezultatem było przygwożdżenie Car do ściany. Dookoła rąk dziewczyny był zielony obłoczek. Podbiegłam do niej, ale niestety się o coś potknęłam i boleśnie upadłam na podłogę. Korzenie uniemożliwiły mi wstanie. Spojrzałam na przyjaciółkę, ona uśmiechnęłam się i wzruszyła ramionami. Wkurzyłam się i zacisnęłam ręce w pięści. Moc uderzenie rozwaliła korzenie, a ja mogłam spokojnie wstać.
- Okej, kończymy! - zawołała Sienna.
Znów znalazłyśmy się w naszej bibliotece, już w starych ciuchach.
- Było świetnie! Jestem z was dumna. - powiedziała - Jesteście stworzone do wielkich czynów. Ty Nelly będziesz panować nad wiatrami, wichrami, będziesz naprawdę bardzo potężna. Carmen, pomijając fakt, że panujesz nad naturą, będziesz mogła uzdrawiać, dawać życie, ale i je odbierać. Jane, wszystkie wodę będą służyć tylko i wyłącznie tobie. Będziesz nad nią panowała pod każdą postacią. Alex, ogień już nigdy nie wyrządzi Ci krzywdy. Będziesz nad nim w zupełności panować.
Zostałam jeszcze jakąś godzinkę z dziewczynami a potem poszłam do domu. Zjadłam obiad i słuchałam muzyki. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Powoli wstałam i otworzyłam. W drzwiach stała Stella, była przerażona.
_______________________________________________
Przepraszam, że musieliście tak długo czekać...;/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 29
*Stella Cortez*
Biegłam przez ciemny las, usłyszałam kroki za sobą. Ten facet był coraz bliżej. Rozpaczliwie zaczerpnęłam powietrza i biegłam coraz szybciej. Nagle potknęłam się o coś
upadłam na zimny grunt. Obróciłam się energicznie. Nade mną stał ten facet z nożem w ręku. Chciałam jakoś uciec, ale chłopak uśmiechnął się mściwie i wbił mi nóż prosto
w serce.
Obudziłam się . Lekko drąc wstałam z łóżka i spojrzałam przez okno. Słońce leniwie przedzierało się przez polany. Był wschód słońca. Natura budziła się do życia.
Wszystko było takie piękne. Westchnęłam i wyszłam z pokoju. Zeszłam do kuchni i wzięłam kawałek ciasta. Po zjedzeniu wyszłam na dwór. Wszystkie nasze husky jeszcze spały
Obróciłam się a za mną ktoś stał.
- Jeny! To tylko ty Cornelio. - powiedziałam cicho.
- Cześć Stello. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- Jak weszłaś?
- Przez płot, sory, że Cię przestraszyłam.
- To nic. - uśmiechnęłam się. - Słuchaj, mam takie pytanie, gdzie mieszkasz? JEsteś u mnie spokojnie codziennie a ja jeszcze nie byłam nigdy.
- Sun Street 8. Pytaj o Van Gardenów. - odpowiedziała
- Dzięki - powiedziałam - To... Cześć.
- Pa, pa - powiedziała i poszła z powrotem do siebie.
Ja natomiast pobiegłam do babci, miałam do niej kilka pytań.
- Cześć babciu. Wiesz może coś o domu Van Gardenów na Sun Street 8?
- A po co Ci takie informacje, słońce? - zapytała
- Po prostu chciałabym wiedzieć.
- Okej, ale kochanie ich dom jest opuszczony od lat.
- Co? Ale... Co tams ię stało?
- Z tego co wiem to był tam pożar. - powiedziała spokojnie bacia, wertując jakieś akta.
- Pożar?! A, a..rodzina.
- Nie przeżyli. - powiedziała smutno. - Kochanie, coś jeszcze muszę pojechać do miasta.
- Yyy.. Tak, ostatnie pytanie. A co się stało z ich córką Caroline.
- Umarła. Pożar był 1.5 roku temu. Masz jej zdjęcie. - powiedziała i wręczyła mi je.
Nie dowierzałam własnym oczam. Dziewczyna na zdjęciu wyglądała identycznie jak moja przyjaciółka. Zdjęcie wyjeciało mi z rąk, a sama pobiegłam do pokoju. Zatrzasnęłam
drzwi i osunęłam się na podłoge. Nie to nie może być prawda!
- Coś nie tak, słonko? - zapytał znajomy głos.
- Kim ty jesteś do cholery?!
- Przecież wiesz. - powiedziała i uśmiechnęła się uroczo.
- To niemożliwe. - powiedziałam cicho.
- A jednak. Jestem duchem. - powiedziała beztrosko - A ty kochana jesteś medium.

* Nelly*

Obudziłam się. Nie miałam ochoty wstawać, nie miałam ochoty nic robić. Opornie wstałam i podeszłam do lustra. Moje włosy były posklejane krwią. Przyjrzałam się i zobaczyłam ranę przy włosach. Byłam przemęczona i
wykończona. Miałam jeszcze godzinę do wyjścia. Poszłam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Owinęłam się ręcznikiem i przeczesałam włosy. Usiadłam na łóżka i dotknęłam prawego ramienia. Od wczoraj strasznie mnie bolało.
Ubrałam jeansy i koszulę ombre. Spiełam włosy w wysoką kitkę i zeszłam na dół. Kol przywitał mnie promiennym uśmiechem. Chciałabym być tak naładowana pozytywną energią jak on. Odwzajemniłam uśmiechem i nasypałam mu karmę do miski.
Zjadłam szybko śniadanie, założyłam kozaki i pojechałam do szkoły. Droga mi się dłużyła, stanęłam na światłach. Włożyłam ręce do kieszeni bluzy, poczułam coś. Wyjęłam jakiś wisiorek z czarną zawieszką. Przyjrzałam się zawieszce, było to
małe czarne kółko a na nim jakiś kwiaty, chyba róże, ale ja tam się nie znam. Rozbolała mnie trochę głowa, schowałam naszyjnik i pojechałam do szkoły. Weszłam do niej już po dzwonku. Za cholera nie chciało mi się iść na lekcje, ale niesty musiałam....
Nauczycielka wytykała mi jak można się spóźniać na lekcje w tak ważnym okresie szkolnym. Nie myślałam o szkole, myślałam o wczorajszym wieczorze. Dlaczego Celestia to robi? Czy to prawda co mówiła o moim tacie. Jak Jane mnie znalazła? O co
tu chodzi? Z zamyśleń wyrwała mnie moja 'kochana' nauczycielka.
- Nelly!!
- Tak, tak - powiedziałam rozkojarzona.
- Nie słuchałaś jak mówiłam, marsz do dyrektora! - wrzasnęła
Miałam ochotę udusić jak wzrokiem. Zmroziłam ją spojrzeniem, wstałam z ławki i wyszłam z klasy. Świetnie, po prostu świetnie. Stanęłam przed drzwiami gabinetu dyrektora. Zapukałam i weszłam.
- Nelandro, jesteś nareszcie! -powiedział ze smutnym uśmiech i gestem pokazał, żeby usiadła.
- Posłuchaj...- zaczął
- Tak, tak wiem zachowałam się okropnie, znów olałał nauczyciela. - powiedziałam
- Co? O czym ty mówisz?
- No o tym, że znów olewam nauczyciela. - powtórzyłam
- ale mi nie o to chodzi.
- A o co ? - dopytywałam się.
- Nelly, twoja siostra Sophie jest w szpitalu miała wypadek samochodowy. - powiedział
- Co ?! Nie! To niemożliwie.
- Nelly...
Wybiegłam ze szkoły z łzami w oczach. To niemożliwe! Sophie, moja siostra! Jechałam do szpitala. A rodzice? Jak to mogło się stać. Wbiegłam do szpitala, dowiedziałam
się gdzie moja siostra leży i pobiegłam tam. Przed moimi oczami ukazała się okropna scena. Mama siedziała i kurczowo trzymała ręke Sophie, płacząc. Tata chodził
nerwowa po pokoju, a Sophie, moja siostrzyczka lezała nieprzytomna w łóżku. Miała wiele ran, była blada i sina. Tata przeniósł wzrok na mnie.
- Nelly!
- Tato. - powiedziała cicho i się w niego wtuliłam. - Co jej się stało?
- Miała wypadek, ale to już chyba wiesz. Miała wstrząśnienie mózgu. Ma złamaną nogę, wiele ran, jest już po jednej opercji, niestety nadal jest w śpiączce.
W jednym momencie zawalił mi się cały świat. Nogi mi się ugięły, więc usiadłam na stojącym za mną fotelu. A co jeśli coś się nie uda? Jeśli ona.. Nie! Sophie przeżyje
i wróci do domu. Wszystko będzie dobrze. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Obróciłam się szybko. W drzwiach stał Tay. Patrzył na mnie przerażony. Wstałam z fotela i
podbiegłam do niego. Chłopak mnie przytulił. Odwzajemniłam gest i wybuchnęłam płaczem.
- Wszystko będzie dobrze. - szeptał i głaskał mnie po głowie.
- To my was zostawimy. - powiedziała mama i razem z tatą wyszli z pokoju.
Kiedy się od siebie oderwaliśmy. Podeszłam do łóżka Sophie i wzięłam ją za ręke.
- Lekarze dają jej mało szans. - powiedziałam przez łzy. - nie wiemy nawet czy się obudzi.
- Kochanie, nic jej nie będzie. Twoja siostra wróci i będzie tak jak dawniej. - mówił
- A co jeśli nie. - powiedziałam i wstałam. - a co jeśli będą komplikacje i Sophie nigdy nie wróci do domu. Nie chcę żyć bez niej. To moja siostrzyczka.
- Nie myśl tak. - szepnął. - idę do łazienki zaraz wróce.
Przytaknęłam i usiadłam na fotelu. Poczułam jakieś szemranie w kieszeni. Wyciągnęłam telefon i odebrałam.
*Rozmowa telefoniczna*
N: Halo?
J: Nelly, to ja Jane.
N: O co chodzi?
J: Wiem, że twoja siostra miała wypadek. Posłuchaj, Rosie dziś nie wróciła do domu, a w szkole mówią, że wyszła.
N: Ale o co chodzi?
J: Czy to nie jasne?! Rosie zawsze wracała prosto do domu. A Sophie? Jak to możliwe, że w ładny słoneczy dzień miała wypadek.
N: Ja...
J: Wiesz co myśle, to nie jest przypadek Nelly.
N: Myślisz, że to Celestia?
J: Tak.
*Koniec rozmowy telefonicznej.*
Usłyszłam jakiś odgłos za mną, byłam pewna, że ktoś na mnie patrzy. Obróciłam się. Przed moimi oczami stała ona. Celestia. Z tym swoim wrednym uśmieszkiem.
_______________________________________________-
Jakby coś to w rozmowie telefonicznej J to Jane a N to Nelly.
  • awatar ' SkyFall. ' ♥: Super ♥
  • awatar MΛЯIΛП: Opowiadanie świetne. Ciekawe i w ogóle, ale mogła byś ulepszyć parę szczegółów jak np. : "Nagle potknęłam się o coś upadłam na zimny grunt. Obróciłam się energicznie. Nade mną stał ten facet z nożem w ręku." Według mnie to brzmiało by lepiej w ten sposób: "Nagle potknęłam się o coś i upadłam na zimny grunt. Obróciłam się energicznie, a nade mną stał ten facet z nożem w ręku." Podsumowując : nie bój się spójników! ^^
  • awatar A'nasa ♥: Uwielbiam to opowiadanie :) !
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Rozdział 28. "Wyjaśnienia"
Przedzierałam się przez ciemny las. Kolczaste krzaki kaleczyły mi nogi. Włosy zahaczały o gałęzie. Usłyszałam jakieś warczenie. Przestraszyłam się i zaczęłam biec
przed siebie. Potknęłam się o wystający korzeń i upadłam na trawę. Jęknęłam i powoli wstałam. Zaczerpnęłam powietrza i spojrzałam przed siebie. Stałam na jakieś
polanie a na niej stał ten dom. Własnym oczom nie dowierzałam. Znalazłam go. Przełknęłam śline i poszłam w jego stronę. Wielkie dębowe drzwi otworzyły się zanim
je dotknęłam. Weszłam do salonu. Wszystko wyglądało identycznie, tak jak w koszmarze. Nagle poczułam szarpnięcie i walnęłam z wielką siłą o ścianę za mną.
Chciałam się ruszyć, ale jakaś siła mi to uniemożliwiała. Zakręciło mi się w głowie.
- Halo! Jest tu ktoś!? - wołałam bez rezultatu.
Usłyszałam jak ktoś idzie. Z nadzieją popatrzyłam w tamtą okolice.
- Nelly, Nelly, Nelly. - powiedziała jakaś kobieta.
Z mroku wyszła ona, kobieta z koszmaru. Rozpaczliwie chciałam się uwolnić.
- Czego ty ode mnie chcesz? - zapytałam. Kobieta uśmiechnęła się wrednie.
- Nie poznajesz mnie, prawda?
Nie miałam pojęcia kim ona jest. Chciałam podnieść rękę, ale ona uniemożliwiła mi to. Kobieta uśmiechnęła się i zamknęła oczy. Wiatr zaczął wiać, światła migać,
a dom trząść. Jej włosy się podniosły. Byłam sparaliżowana. Kobieta uśmiechnęła się szeroko. Włosy się jej wydłużyły i lekko pofalowały. Zamiast tej strasznej kiecki,
miała elegancką czarną suknie. Miała bladą, nieskazitelną cerę. Otworzyła oczy. Były zielone. Tak ładne. Cholera, ja znałam tą kobietę. Nie, nie to niemożliwe.
- Teraz mnie poznajesz ? - zapytała z złośliwym uśmieszkiem
- To niemożliwe, ty nie....nie możesz....
- Słodziutka, nie zaprzeczaj
- Ciocia? -wydukałam - ciocia Celestia?
- Dzień dobry, słoneczko
- Ale jak?
- Kiedy byłam w twoim wieku też potrafiłam panować nad powietrzem. To dziedziczne. Też miałam takich przyjaciół. Moja matka mi wytykała, że nad tym nie panuje, że
to nie moja bajka. Wkurzyłam się. Poszłam do jej pokoju i znalazłam księgę Ciemności. Clazir do mnie przyszedł, a ja do niego dołączyłam. Reszta moich przyjaciół
również to zrobiło. To taki łańcuch. Idzie jeden, idzie reszta.
- A mój tata?
- Twój ojciec?! Też był magiem, ulubieńcem. Po mojej zmianie, pokłóciliśmy się. Lata później, kiedy ty się urodziłaś spotkałam się z twoim ojcem. Były..komplikacje,
twój ojciec prosił mnie o pomoc. Lekarze nie dawali Ci szans. Odmówiłam. Twój tatuś oddał swoją moc, żebyś ty mogła żyć. - nie mogłam uwierzyć - nigdy Cię nie dziwiło,
że jeszcze nigdy nie zachorowałaś.
- Nie wierze Ci.!
- Nie? Kochana, masz wrodzoną anemie. Z tą mocą i anemią nie mogłabyś normalnie żyć. Siedziałabyś w szpitalu, ponieważ magia za dużo by Cię kosztowała.
Patrzyłam w osłupieniu na Celestie. Dlaczego nikt mi nic nie mówił. O co chodzi. Udało mi się podnieść rękę i zaatakowałam Celestie. Kobieta odeszła w bok.
- Nieźle, nieźle. - powiedziała z mściwym uśmieszkiem. - ani mi się waż to powtarzać. - powiedziała groźnie
Poczułam szarpnięcie i walnęłam o ścianę naprzeciw z jeszcze większą siłą. Cholera jak to bolało. Podeszła do mnie, wściekłość malowała jej się na twarzy.
- Nie zrobisz mi krzywdy - powiedziałam słabo.
- Nie? To patrz. - powiedziała jadowicie.
- Jesteśmy rodziną. - błagałam
- Rodzina już nic dla mnie nie znaczy. - powiedziała z wściekłością, a na jej ręcę pojawiło się jakieś pole energetyczne.
Zamknęłam oczy, szykowałam się na najgorsze. Poczułam okropny ból na ramieniu.
- Zabije Cię. - szepnęła
Znów ten ból. Czułam jak upadam. Zabiła mnie, zabiła. Nagle walnęłam o coś twardego. Powoli otworzyłam oczy. Celestia leżała jakieś 2 metry ode mnie.
- Nelly!
Odwróciłam głowę, Jane pochyła się nade mną.
- Jane. - szepnęłam słabo.
- Zabiorę Cię stąd. Daj ręce. - powiedziała stanowczo.
Podałam jej ręce, ale zanim to zrobiłam podniosłam coś świecącego z ziemi i włożyłam to kieszeni. Jane wzięła moje ręce, zamknęła oczy i coś mówiła. Wiatr zaczął wiać,
nasze włosy się uniosły, a obraz zmieniać. Już nie byłam w tym okropnym domu, byłam u siebie.
 

 
Rozdział 27.

Kolejne dni spędzałyśmy głownie z Sienną, która uczuła nas korzystania ze swoich mocy.
Wszystko powoli przyswajałyśmy, choć w pewnych momentach było trudno. Przez te dni udało mi się
dostać 1 ze sprawdzianu z fizyki i 3 z matmy. Po ciężkim dniu treningu, przyszłam do domu.
- Hej kochanie, jak było w szkole? - zapytała wesoło mama.
- Świetnie. - powiedziałam jak najbardziej pewnie, jak umiałam. Mama nie mogła się dowiedzieć, że nie było mnie dziś w szkole.
Bez zbędnych rozmów zjadłam obiad. Poszłam do pokoju, zaatakowałam łóżko i włączyłam laptopa. Przeglądałam internet, weszłam na facebooka,
zaraz po tym Tay do mnie napisał.
*rozmowa*
T: Cześć słonko, mogę wpaść za 5 minut?
Ja: Jasne, ale za 20, bo muszę się ogarnąć.
T: Do zobaczenia ;D
Wyłączyłam komputer i wyjęłam starą, zakurzoną książkę z biblioteki. Miałam 20 minut więc ją otworzyłam. Trafiłam na rozdział o nazwie "Widzący".
Przekładałam strony, aż trafiłam na coś.
"Widzący (prorocy) widzą przyszłość, najczęściej w czasie snu. Wizję pojawiają się w postaci koszmarów. Po pierwszej wizji organizm człowieka (widzącego) zmienia się. Początkowy może mieć problemy z sercem. Owe problemy skończą się po miesiącu.
Widzących jest coraz mniej. Zdarzają się raz na 50 lat, nawet mniej. Sprawką zmniejszającej się ilości widzących jest Clazir. Porywa ich i torturuje do momentu,
w który widzący pokaże mu jego przyszłość. Clazir porywa najczęściej młodych. Zmusza ich do pokazania wizji. Młodzi tego nie potrafią, serce im nie wytrzymuje. Umierają."
Zamknęłam księgę. To co przeczytałam mną wstrząsnęło. To dlatego Sienna mówiła, że nikomu nie życzy być widzącym. Usłyszałam walnięcie w okno. Podbiegłam do niego i otworzyłam. Tay stał pod oknem.
Chłopak wszedł po drabinie i wskoczył przez okno.
- Hej mała. - powiedział i mnie namiętnie pocałował.
- Hej. - powiedziałam i się uśmiechnęłam.
Tay rzucił się na łózko i położył ręce pod głowę.
- Więęc, co robimy ?- zapytał
Rzuciłam w niego poduszką. Zaśmiał się. Położyłam się koło niego.
- Ja jestem za tym, żeby tu zostać i się zdrzemnąć. - powiedział z uśmiechem, który tak uwielbiałam.
- Co to? - zapytałam zaciekawiona i wskazałam na coś czarnego na jego ramieniu.
- Nic, nic. - powiedział i szybko zasłonił ramię.
- Przestań. - powiedziałam i odsłoniłam ramię.
Widniał na nim dość duży tatuaż. Dużo z niego nie wyczytałam. Był strasznie zagmatwany.
- Nigdy go nie widziałam, od kiedy masz?
- Od dawna. - powiedział szybko.
Już chciałam coś powiedzieć, ale mi przerwał.
- Śpimy? - zaproponował i rozłożył ramiona.
- Dobra. - zgodziłam się i wtuliłam się w Taya.
Zasnęłam od razu. Usłyszałam jakiś szelest i głos.
- Lecę, kochanie. Kolorowych snów. - powiedział chłopak i pocałował mnie w czoło.
Coś tam mruknęłam i poszłam dalej spać.
Byłam w lesie....Ten dom....Znowu, cholera...Wiem gdzie jest... śmiech.
Otworzyłam oczy i wstałam z łóżka. Zeszłam na dół, założyłam kurtkę i buty i wyszłam na zewnątrz.
Teraz moim celem było dostać się do tego i zakończyć te koszmary. To się musiało skończyć. Poprawiłam kurtkę i weszłam w ciemny las.
______________________________________________
Hej ;>
Sory, że taki krótki :< Nie wyszedł...
W następnym będzie się więcej działo, obiecuję
Pozdrawiam Rysiaa<3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Hej kochani !
Mam dwie wiadomości:
1. Rozdział będzie dzisiaj
2. O kim chcielibyście wątek: Vanessa czy Stella? (może ktoś inny)
 

 
Rozdział 26. " Teraz już nic nie będzie tak jak dawniej "

Podjechałam pod wejście biblioteki, która była zamknięta od jakiś 10 lat.Zamknęłam auto, rozejrzałam się i weszłam. Bez większych problemów doszłam do półki, która była przejściem.
Dotknęłam znaku i po chwili byłam po drugiej stronie. Pobiegłam w dół schodami, poszłam korytarzem i cicho weszłam do głównego pomieszczenia. Żyrandole, oczywiście zapaliły się
automatycznie. Na przywitanie nie musiałam długo czekać.
- Nelly. - powiedziała wesoło Sienna a zaraz potem mnie przytuliła- ale fajnie, będzie reszta?
- Tak, powinni być za chwile. - potwierdziłam
Sienna zaproponowała mi, żebyśmy usiadły. Dziewczyna usiadła na kanapie a ja naprzeciwko na sofie.
- Opowiedz mi coś o sobie. - zaproponowałam
- Ja to już mówiłam, teoretycznie jestem gwiazdą. Świeciłam dość długo, nie wiem ile lat, my tego nie liczymy. Na ziemi zeszłam tak z rok temu, żeby się przygotować na
wasze przyjście. - powiedziała wesoło
- A co robiłaś jak byłaś gwiazdą? - zapytałam. Byłam ciekawa jej historii.
- Tak naprawdę to nic ciekawego... W noc świecimy i rozmawiamy... Zawsze chciałam zobaczyć jakieś duże miasto, ale nie z perspektywy gwiazdy, tylko człowieka. Obejrzeć
te miasta, jeść tam, bawić się. To co ludzie robią. - powiedziała rozmarzona patrząc w dal.
- Jesteście! - otrząsnęła się i spojrzała w stronę drzwi w których stały trzy dziewczyny. - Chodźcie, usiądźmy przy tym stole.
Jak zaproponowała Sienna, wszystkie usiadłyśmy przy stole.
- Ale fajnie - pisnęła z zachwytu.
Alex miała zafascynowaną minę i Jane i Carmen zdziwioną. Zobaczyłam jakby pewne trzy rzeczy wyłoniły się ze stołu i poleciały do Jane, Alex i Carmen. Przynam się,
że zrobiłam się zazdrosna. Spojrzałyśmy pytająco na Sienne.
- Załóżcie je. - powiedziała ochoczo.
Dziewczyny powoli założyły swoje nowe nabytki. Zobaczyłam jakąś mgiełkę wokół nich, zaraz potem owa mgiełka zniknęła.
- Co się dzieję? - zapytałam
- Dostały pełną moc. - powiedziała ze światełkami w oczach Sienna
- A ja? - zapytałam się nieśmiało.
- Słonko, ty już to masz, spójrz na swój na naszyjnik, to on, ten amulet, co dziewczyny dostały przed chwilą. - powiedziała z uśmiechem
- Aha - powiedziałam cicho i podeszłam do nich.
- No dobrze, skoro już moce macie, pora przejść dalej. - zaczęła. - Uprzedzam jeśli ktoś po tym nie będzie chciał z naszym światem nic wspólnego, oczywiście zrozumiem.
Za Sienną podeszłyśmy do księgozbioru. Milczałyśmy. Dziewczyna mówiła dalej.
- Proszę was, żeby pytania były już po mojej wypowiedzi. - uprzedziła. - Więc, wy jesteście magami, potraficie kontrolować żywioły. Możecie robić wielkie rzeczy, pomagać
innym. Wasza moc jest w waszych amuletach, bez nich jesteście bezsilne. Są jeszcze dwa rodzaje magów, Ci, która moc skupia się na umyśle, np. medium i widzący. Także
Ci których moc skupia się na umiejętnościach i ciele, np. łowcy i przewodnicy. Zadaniem łowców jest wasza obrona i niszczenie ciemnokrwistych. Łowcy są szybsi i
silniejszy od przeciętnego człowieka. Niszczenie ciemnokrwistych to ich tak jakby cel. Są naprawdę dobzi. Przewodnicy, o nich wam już mówiłam na początku, świetnym
przykładem takiego rodzaju jestem ja, moje zadania już znacie. - potaknęłyśmy na znak, że wiemy. - Medium, jak to medium widzą duchy, potrafią się z nimi kontaktować
i rozmawiać. Widzący, widzą przyszłość. Nikomu bym tego nie życzyła. Jeżeli chodzi o te dobre podstawy, to wszystko. Przejdźmy do złej strony. - powiedziała i wyjęła
potężną, zakurzoną, czarną księgę. - Clazir - zaczęła - to główne zło, on może tworzyć czarnokrwistych. Czarnokrwistym może stać się tylko władca żywiołu. Dlatego
każdy czrnkrwt* jest powiązany węzłami rodzinnymi z magiem. Więc najpewniej to pokolenie czarnkrw. jest waszą rodziną. Wiem, jak to brzmi. Oni mają zdolność poruszania
rzeczy tylko za pomocą siły umysły. Zadają najgorszy ból samym spojrzeniem. Na lewym nadgarstku mają tatuaż, który znakiem Clazira. Są naprawdę potężni, nie słyną z litości.
Potrafią również nawiedzać w snach. Czerpią siłę z strachu, cierpienia i smutku ludzi. Im bardziej ludzie się boją tym oni są silniejszy. Zabijają dla siły. Kiedy się przemieniają
mają czerwone, wściekłe i przerażające do szpiku kości oczy. Włosy mają postrzępione a całe ich ciało otacza mgiełka. Czrnkrwt. może "tworzyć" wspólnika. Tzw. Ciemnokrwisty, po
"stworzeniu" nie panują nad sobą. Co noc się przemieniają, nawiedzają ludzi i się nad nimi znęcają. Czasami zabijają. Potem *cmokrwt. dojrzewa i ma nad sobą większą kontrolę, ale musi
się słuchać cznkrwt., który go stworzył. Tak w skrócie to wszystko. - powiedziała z uśmiechem.
Otrząsnęłam się, słuchałam jak zaczarowana, ułożenie sobie tego w głowie zajmie mi trochę czasu.
- Zanim zacznę was uczyć, muszę wiedzieć, wchodzicie w to. - powiedziała Sienna i spojrzała na nas pytająco.
- Tak. - powiedziałyśmy z Jane i Carmen
- Eee.. Tak. - powiedziała, jeszcze trochę zaskoczona Alex.
- Świetnie, ale musicie wiedzieć, że teraz nic nie będzie tak jak dawniej. - powiedziała znacząco Sienna.
_________________________________________________-
I jak ? ;3
*czrnkrwt - czarnokrwisty ( pisałam w skrócie, bo nie chciało mi się całej nazwy ;D)
*cmokrwt - ciemnokrwisty ( powód dlaczego pisałam w skrócie powyżej ;p)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Rozdział 25.

Obudziłam się, bolała mnie trochę głowa. Powoli wszystko sobie przypomniałam. Odruchowo poszukałam Taya. Nie było go. Leniwie otworzyłam jedno oko, było już jasno.
Przymrużyłam oko i rozejrzałam się po pokoju. Nikogo w nie mnie było. Wstałam i spojrzałam na zegarek. 6:30. Gdy próbowałam ogarnąć łóżko, wyleciała z niego kartka.

Nelly!
Mam nadzieję, że się wyspałaś. Przepraszam, ale musiałem wcześniej wyjść.
Nie szukaj mnie dziś w szkole, będę dopiero późnym wieczorem. Postaram się wpaść.
Miłego dnia w szkole, kochanie.
Tay.

Westchnęłam i poszłam do łazienki. Szybki prysznic mnie trochę orzeźwił. Owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do szafy. Wzięłam jeansy i dużą niebieską bluzę.
Włosy upięłam w niesfornego koka. Podeszłam do lustro, wczorajszy makijaż mi się rozmazał, w rezultacie wyglądałam okropnie. Przemyłam twarz, zeszłam na dół i zjadłam śniadanie.
Jakoś nie byłam dziś napełniona pozytywną energią, opornie jadłam tosty z szynką. Złapałam za telefon i wysłał Carmen smsa:
*rozmowa sms*
Ja: Hej... Przyjdziesz do mnie, to pojedziemy razem do szkoły??
Po chwili dostałam odpowiedź.
Carmen: Przykry mi, ale nie mogę. Obiecałam Scottowej, że będę wcześniej ;/ Trzymaj się ;*
*koniec rozmowy sms*
Westchnęłam, włożyłam talerz do zmywarki i poszłam w stronę drzwi. Zatrzymałam się przed drzwiami i się obróciłam. Kol stał przed mną i patrzył się zmartwiony.
- Nic mi nie jest, mały. Po prostu to wszystko jest tak jak nie powinno. - powiedziałam i przytuliłam go.
Założyłam kozaki na obcasie, wzięłam torbę i wyszłam. Wiatr lekko, przeczesywał moje włosy. Łza zakręciła mi się w oku. Przetarłam oczy i weszłam do auta.
Wyjechałam na drogę, szybko odjechałam do szkoły. Pierwszą miałam fizykę, więc poszłam w stronę klasy. Było dość dużo osób, a ja za wszelką cenę chciałam już zejść
do klasy. Zadzwonił dzwonek, wszyscy weszliśmy do klasy. Usiadłam na swoim miejscu i powolnie wyjęłam książki. Do klasy weszli też: Austin, Jane, Alex, Carmen,
Kimberly i cała reszta. Uśmiechnęłam się do nich, odwzajemnili uśmiech.
- Słuchajcie! Wszyscy idziemy na boisko, teraz! - powiedziała znacząco nauczycielka.
Jak usłyszeliśmy, wyszliśmy ze szkoły. Wszyscy już byli na boisku. Stanęliśmy tam gdzie pokazała nam nauczycielka.
- Kochani uczniowie, nauczyciele i pracownicy szkoły. - zaczęła dyrektorka.
Już się bała co powie.
- Wasza droga przyjaciółka Mia zmarła tej nocy w szpitalu. - powiedziała smutno
Wszyscy zamilkli. Spojrzałam na Alex, z niedowierzaniem patrzyła na dyrektorkę.
- Uczcijmy te tragiczne zdarzenie minutą ciszy.
Przełknęłam głośno ślinę. Wszyscy milczeli, kilka dziewczyn płakało.
- Panno Simson gdzie się pani wybiera? - zapytała nauczycielka
Alex wybiegła z boiska i poszła w stronę lasu. Spojrzałam na dziewczyny, miały zmartwiony wyraz twarzy. " Znajdę ją " - szepnęłam do dziewczyn i również poszłam w stronę lasu.
Poszukiwanie nie zajęły mi dużo czasu.
- Alex. - zawołałam błagalnie.
- Ja to zrobiłam - zaczęła, płakała. - To przeze mnie umarła.
- To nie twoja wina.
- Nie moja?! A kogo do cholery?! Gdyby jej tam nie było nic by się nie stało - krzyczała przez łzy.
Krzak koło niej zaczął się palić.
- Alex. - szepnęłam ostrzegawczo.
- Widzisz?! Nie panuję nad tym! Ilu jeszcze ludziom zrobię krzywdę, co?! - krzyknęła roztrzęsiona - Nie chce tego. - szepnęła i osunęła się na trawę.
Spojrzałam na nią, podbiegłam i przytuliłam.
- Pomogę Ci, obiecuję. - powiedziałam do niej.
- Dziękuję - powiedziała, a krzak przestał się palić.
Siedziałyśmy tak z 10 minut, potem Alex poszła do siebie. Ja także pojechałam do domu.
- Tak wcześnie kochanie? - zapytała mama gdy ledwo co weszłam do domu.
- Tak, z powodu tego całego zamieszania odwołali nam lekcje.
- Mam dla ciebie propozycje, wiesz, że Kola mamy od pewnej rodziny, która ma dom za miastem. Dzwoniłam dziś do nich, zgodzili się, żebyś przyjechała do nich z nim. Kol ma tam rodzinę, na pewno by się ucieszył. - powiedziała wesoło.
- Co? Jasne! Tylko wezmę rzeczy i lecę! A i jeszcze jedno jak wrócę to umówiłam się z dziewczynami. - powiedziałam i pobiegłam po kilka rzeczy.
- Jasne.
Pobiegłam do pokoju, odłożyłam torbę, poprawiłam włosy, wzięłam jakieś koce i ulubioną zabawkę Kola -> mojego starego misia. Byłam już gotowa. Pożegnałam się z mamą i
"załadowałam" Kola do auta. Dzięki adresowi, który miałam od mamy, wiedziałam, że będę jechała z godzinkę. Drogę jakoś specjalnie mi się nie dłużyła. Kol kręcił się na
tylnych siedzeniach. Jak przewidywałam po godzinie dojechałam do pięknego domku przy lesie, wypuściłam pieska, a on podekscytowany podbiegł do bramki. Zamknęłam auto i
razem weszliśmy do środka.
- Hej! Ty jesteś pewnie Nelly.- przywitała nas niskiego wzrostu czarnowłosa dziewczyna. - Jestem Stella.
- Hej i tak jestem Nelly - powiedziałam do Stelli. - to Kol. - wskazałam na pieska, ale go już tam nie było.
Zobaczyłam jak bawi się ze swoim rodzeństwem, aż ciepło mi na sercu zrobiło. Czas u Stelli minął mi bardzo miło. Gadałyśmy, śmiałyśmy się jadłyśmy pyszny jabłecznik.
Zrobiło si późno więc pożegnałam i podziękowałam Stelli, wzięłam Kola i pojechaliśmy do domu. Maluch przez całą drogę powrotną spał. Podrzuciłam go mamie i pełna obaw
pojechałam w stronę biblioteki, bo to tam miałam się spotkać z dziewczynami.
_________________________________________________
I jak? ;3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Udało mi się, macie następny rozdział ;**

Rozdział 24 " Komplikacje "

Obudziłam się, ale nie chciałam otwierać oczu. Byłam wykończona. Usłyszałam jakieś głosy.
- Myślicie, że coś jej będzie. - zapytała jakaś dziewczyna. Po głosie poznałam, że Carmen
- Nie mam pojęcia, zrobiłyśmy wszystko co w naszej mocy. - powiedziała druga dziewczyna
Lekko otworzyłam oczy. Trzy dziewczyny patrzyły się prosto na mnie. Chciałam się podnieść, ale ból w ręce mi to uniemożliwił.
- A! - jęknęłam - Co się stało.
- Nie ruszaj się. - powiedziała znacząca Jane.
- Jeśli chodzi o rękę to się troszeczkę przypaliłaś. - powiedziała szybko Carmen
- Przypaliłam!?
- To nic takiego, tylko oparzenie.Smaruj to codziennie maścią i noś opatrunek to w ciągu tygodnia się zagoi. - powiedziała na jednym oddechu Jane.
- Ale, co się stało?
- Można powiedzieć, że prawie Cię zabiłam. - powiedziała Alex ze smutnym uśmiechem.
Zamyśliłam się, wspomnienia wróciły. Mecz...pożar...ogień...Alex...ból. Otrząsnęłam się.
- Nelly, musisz jechać do szpitala. - powiedziała Carmen
- Nie, nie trzeba. Naprawdę nic mi nie jest. - zapewniłam
- Nie, chodzi o ciebie...Austin dzwonił...chodzi o Vanesse, ona..
Mojej przyjaciółce nie dane było dokończyć. Wybiegłam z domu i wsiadłam do auta. Wyjęłam telefon, 5 nieodebranych połączeń od Austina. Zapaliłam silnik i popędziłam w stronę
szpitala. O co jeśli Vanessie stało się coś poważnego.? O co jeśli.. Otrząsnęłam się, nie chciałam dopuścić do świadomości tej myśli. Van nic nie będzie. Nic jej nie będzie.
Dojechałam do szpitala. Wyszłam z auta i zatrzasnęłam drzwi. Syknęłam, zabolała mnie ręka. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka. Zdezorientowana podeszłam do recepecji.
- Dobry wieczór, wie pani może gdzie leży Vanessa Jackson? - zapytałam szybko
- Pani z rodziny? - odpowiedziała beznamiętnie pytaniem
- Nie, jestem bliską przyjaciółką, a więc?
Recepcjonista westchnęła i spojrzała na ekran komputera.
- Leży na czwórce, prosto i w prawo, drugie drzwi. - powiedziała
Skinęłam na znak, że zrozumiałam i pobiegłam prosto. Skręciłam w prawo i znalazłam pokój którego szukałam. Bez ostrzeżenia wbiegłam do izby. Zdziwieni rodzice Austina i Van
spojrzeli na mnie. Próbowałam uspokoić swój oddech.
- Dzień dobry. - powiedziałam szybko.
Mama mojego przyjaciela uśmiechnęła się do mnie smutno. Jego tata spojrzał na nią porozumiewawczo i oboje wyszli z pokoju. Spojrzałam na łóżko, leżała na nim Vanessa.
Miała zamknięte oczy i ranę obojczyku. Wyglądała na wycieńczoną. Jej prawą rękę trzymał mój przyjaciel.
- Austin! - szepnęłam
Chłopak się obrócił. Miał łzy w oczach. Nie chciałam nawet myśleć jak się czuł. Jego siostra dopiero co wróciła a już jest w szpitalu. Jedna kropla spłynęła po jego policzku.
-Austin - powtórzyłam, podeszłam do przyjaciela i go przytuliłam. Kiedy się od siebie oderwaliśmy, chciałam się czegoś dowiedzieć.
- Co powiedzieli lekarze?
- Nic konkretnego, wiemy tylko, że miała wstrząs mózgu. - powiedział wzdychając smutno - A wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? To ja ją przekonałem, żeby przyszła na mecz.
Gdyby nie przyszła to nie miało by miejsca. On by nie...
- Mój przyjaciel nie dokończył, znowu go przytuliłam.
- To nie była twoja wina, wszystko będzie dobrze. - mówiłam
Nagle zobaczyłam jak Vanessa rozpaczliwie próbuje zaczerpnąć powietrza, złapała Austina mocniej za rękę.
- Austin ? - zapytała słabo.
- Van! Ty żyjesz, ty żyjesz. - powtarzał przytulając siostrę.
Patrząc na nich powoli wyszłam z pokoju. Już chciałam wrócić do wyjścia, gdy zobaczyłam coś. Przez oszklone ściany zobaczyłam jak lekarze próbują za wszelką cenę uratować
jakąś dziewczynę. Zaraz, to była Mia! Widziałam jak jej ciała podnosi się pod wpływem defibrylatorów. Zrobili to chyba z trzy razy, potem jakiś lekarz podszedł do rodziców
Mii. Jej mama wybuchła płaczem i schowała się w ramionach męża. Miałam łzy w oczach. Mia umarła i to na moich oczach. Tylko dlaczego?! Co ona zrobiła nie tak?! Obróciłam się
i podbiegłam do wyjścia, nie chciałam już na to patrzeć. Przez łzy w oczach nie widziałam za dużo więc oczywiście na kogoś wpadłam. Upadłam, zakręciło mi się w głowie.
- Nelly? Co tu ty robisz? - zapytał mnie znajomy głos.
Otworzyłam oczy, to na tatę wpadłam. Podałam mu rękę a on pomógł mi wstać. Mój tata był wysokim mężczyzną z ciemnymi lokami sięgającymi za szyję. Miał taką pogodną i promienna twarz.
- Ja,... przyszłam do Austina jego siostra tu jest. - wytłumaczyłam szybko i się do niego przytuliłam
- Chodź, zawiozę Cię do domu. - powiedział mi na ucho i wyprowadził ze szpitala. Podróż minęła szybko, na szczęście o nic nie pytał. Odprowadził mnie wzrokiem do drzwi i wrócił do pracy.
Drzwi szybko otworzyła mama i mnie przytuliła.
- Kochanie, tak się martwiłam. - mówiła i głaskała mnie po głowie.
- Wszystko dobrze byłam w szpitalu u Austina. - powiedziałam zmęczona.
- Słyszałam o tym... Ten ogromny pożar.. Tak mi przykro. No dobrze idź spać. - powiedziała i odprowadziła mnie wzrokiem na górę. Otworzyłam drzwi. Za nimi czekała mnie niespodzianka.
Taylor stał na środku pokoju ze zmartwioną miną, gdy mnie zobaczył rozłożył ręce by mnie przytulić. Podbiegłam do niego i mocno się w niego wtuliłam Wybuchnęłam płaczem.
- Ciii, Już dobrze. - mówił mi na ucho.
Gdy się od siebie oderwaliśmy, bez słowa poszłam do łazienki przebrać się w pidżamę. Gdy wróciłam do pokoju, Tay leżał na moim łóżku. Położyłam się koło niego i położyłam głowę na
jego torsie. Chłopak głaskał mnie po głowie. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
_______________________________________________
I jak? ;3
 

 
Rozdział 23. "Wszędzie był ogień"

- Ty i On ? - pytała moja przyjaciółka - Ty i Tayler?!
Uśmiechnęłam się niewinnie. Przyjaciółka patrzyła na mnie z niedowierzniem.
- Tak. - powiedziałm
- Ale jak.. i kiedy...Ehhh. Bardzo się cieszę - powiedziała i mnie przytuliła.
- No dobra. Musza wam powiedzieć coś ważnego. - powiedzieła znacząco Jane.
Razem z Car obróciłyśmy się zaciekawione w stronę dziewczyny.
- Jak co dzień byłam rano u Alex żebyśmy poszły razem do szkoły. Zdziwiłam się, bo zawsze czekała przed domem. Postanowiłam zobaczyć czy jest w domu. Zapukałam. Drzwi otworzył mi brat Alex, Eddie.
No więc zapytałam się go gdzie Alex, on powiedział, że jest bardzo mocno chora i nie będzie jej w szkole do końca tygodnia. Jeszcze chwile przed moim odejściem, zobaczyłam Alex kłócącą się z jej tatą. Alex mnie
zobaczyła i spojrzała na mnie z przerażeniem. Chciałam do niej pójść, ale drogę zagrodził mi jej tata i powiedział, że powinnam już iść więc poszłam.
- Co mogło się jej stać ? - pisnęła Carmen
- Nie mam pojęcia. - powiedziała Jane - ale w jej oczach było widać strach.
- Hej, dziewczyny! - zawołał radośnie któs za mną
Obróciłam się, za mną stał Austin.
- Będziesz dzisiaj? - zapytał.
- No jasne. - powiedziałamz uśmiechem.
- A ty to? - chłopak spojrzał pytająco na Jane.
- Jane Mikealson tak zwana Nowa - powiedziała z promiennym uśmiechem
- Miło mi, jestem Austin - odpowiedział - Dobra, muszę lecieć na lekcje.
- Pa.
- Ładny. - powiedziała cicho Jane.
Razem z Carmen wybuchnęłyśmy śmiechem i we trójkę poszłyśmy do szkoły. Lekcje były nawet znośne, oprócz matmy. To wnerwiająca starucha znowy prawiła nam kazania jacy to my jesteśmi okropni. Zabrzmiał dzwonek kończący lekcje. Wszyscy wyszliśmy na korytarz.
Zobaczyłam jak Kimberly podchodzi do jakieś dziewczyny i się z niej wyśmiewa. Zaraz potem Kim weszła na ławke.Wszyscy obrócili się ku niej.
- Kochani, - zaczęła ze słodkim uśmieszkiem. - Chciałabym wam przedstawić Vannesse Jackson siostre naszego kochanego Austina.
Spojrzałam z niedowierzaniem na mojego przyjaciela. On unikał mojego wzroku. Dlaczego mi nie powiedział, że Vanessa przyjedzie? Kimberly kontynuowała.
- Co Cię do nas sprowadza Van? Już sobie przypominam, rok temu rodzice wysłali Cię do Vigini, bo się tak zwanie źle zachowywałaś. Jak jest być tak niekochaną przez rodziców i wysłaną na drugi koniec Stanów, co? - powiedziała z słodkim uśmieszkiem Kim.
Vanessa patrzała na nią z nienawiścią. Chwilę później zobaczyłam jak Vanessa walnęła Kimberly w sam środek jej wymalowanej buzi. Dziewczyna złapała się za nos. Van rzuciła jej ostatnie spojrzenia i wyszłą ze szkoły. Z buzi wyrwało mi się tylko krótkie "Łał"
Zaraz potem dyrektor wyrzucił nas z budynku. Nie spotkałam dziewczyn, więc pojechałam prosto do domu. Kiedy tylko przeszłam przez drzwi Kol wskoczył na mnie.
- Cześć mały! - powiedziałam z uśmiechem i pocałowałam go czubek głowy. Piesek zeskoczył na mnie i pobiegł gdzieś. Postanowiłam wziąć szybki prysznic. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy. Chwilę się zastanawiałam, ale wybrałam rurki, niebieskią bluzkę ombre i
czarną dżinsową kurtkę. Ubrałam się, rozpusiciłam włosy, lekko umalowałam i byłam gotowa do wyjścia. Przy wyjściu spotkałam mame.
- Ślicznie wyglądasz - powiedziała - O której wrócisz?
- Dzięki i będę wieczorkiem - powiedziałam z uśmiechemi i poszłam do auta.
Szybko dojechałam do szkoły. Zamknęłam auto, porawiłam strój i pewnie poszłam na sale. Szkoła była uszykowana do przyjęcia gości ze konkurencyjnej szkoły. Otworzyłam szklane drzwi i zeszłam po schodach do sali. Przy szatniach spotkałam przeciwną drużyne. Spojrzałam na nich krótko i ominęłam.
Zaczęli gwizdać. Przewróciłam oczami i poszłam dalej. Nareszcie spotkałam Austina.
- Cześć mała. - zawołał.
- Hej. - powiedziałam z uśmiechem i przytuliłam go. - Jak się czujesz?
- Da się przeżyć. Jeśli to wygramy to jesteśmy w finale. - powiedział podekscytowany.
- Na pewno się wam uda.
- A buziak na szczęście. - zapytał
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w polik.
- Powodzenia.
Chłopak poszedł na hale, ja weszłam na trybuny. Poczekałam 10 minut a były pełne. Mecz się zaczął. Narazie nasi wygrywali. Skończył się pierwszy set, wygrała nasza dryżyna. Dyrektor zarządził przerwe więc wszyscy wuszli na dwór. Wzrokiem szukałam dziewczyn.Chyba zauważyłam Jane. Siła przeciskałam się w jej stronę.
- Jane! - zawołałam. Dziewczyna się obróciła. Podeszłam do Jane.
- Nelly jest problem, tata Alex do mnie zdzwonił, mówił, że uciekła z domu i nie jest z nią dobrze. Nelly, ona jeszcze nie wie co potrafi trzeba ją znaleźć! - krzyknęła.
- Co?! No dobrze poszukam jej. - powiedziałam i pobiegłam w drugą stronę.
Zrobiła się już trochę luźniej. Spojrzałam przed siebie czy to był dym. Pobiegłam w stronę źródła dymu. Zobaczyłam mały domek gospodarczy nalężący do naszej szkoły, palił się. Wbiegłam do niego, było strasznie gorąco i dusznie. Wszędzie był ogień. W środku pożaru zauważyłam Alex. Była przerażona, ogień wydobywał się z niej. Obok Alex ktoś leżał.
Poznałam ją to była Mia, dziewczyna, która za wszelką cenę chciała się wkupić do paczki Kimberly.
- Alex! - krzyknęłam
Dziewczyna przerażona obróciła się w moją stronę.
- Nelly uciekaj, zrobię Ci krzywdę.! - wrzasnęła.
- Alex, uspokój się możesz nad tym zapanować. - powiedział słabo, było ze mną jeszcze gorzej, brakowało mi powietrza.
- Nie potrafię. - powiedziała bezsilnie.
- Potrafisz, musisz chcieć. Uda Ci się, wiem to. - szepnęłam.
Poczułam piekący ból w prawej ręce i film mi się urwał.
_______________________________________________
I jak ? ;3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 22.

W domu Nelly.

Szczęśliwa wróciłam do domu. Tata leżał na kanapie. chyba spał. Mama siedziała koło niego i zerkała na ekran telewizora. Podeszłam do nich z uśmiechem i przykryłam tatę kocem.
- Mamo, idź spać, ja ty posprzątam. - powiedziałam i położyłam jej rękę na ramieniu.
- Dobrze kochanie, dobranoc. - powiedziała, pocałowała mnie w czoło i poszła do sypialni.
Podeszłam do stołu i włożyłam brudne naczynia do zmywarki. Pozmiatałam, włączyłam zmywarkę i poszłam do siebie. Po wejściu do pokoju, rzuciłam się na łóżko i zaczęłam się śmiać.
Zaraz potem wskoczył na mnie Kol.
- Hej, uważaj. - powiedziałam i przeniosłam Kola obok.
Wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, założyłam pidżamę i wskoczyłam do łóżka. Kol automatycznie położył się koło mnie. Zdziwiłam się i go przytuliłam.
Zaraz potem odpłynęłam.
Światło, sparaliżowało mi wzrok. Zakryłam oczy rękami. Szłam po jakiś obłokach. Zobaczyłam kształt. Chyba człowiek, choć nie jestem pewna. Postać podeszła bliżej mnie i uśmiechnęła
się promiennie. Znałam ten uśmiech.
- Babcia..? - zapytałam zszokowana a zarazem szczęśliwa.
Postać znowu się uśmiechnęła.
- Babcia. - szepnęłam i ją przytuliłam.
- Nelly, posłuchaj. Nie mamy czasu więc się skup. - powiedziała znacząco i spojrzała mi w oczy.
- Co się dzieję? Jak to możliwe. - pytałam
- Magia. - powiedziała - a teraz, kochanie wiem, że posiadłaś wielką moc. Musisz umieć ja używać. Niestety jest także ciemna strona. Czarno-krwiści, to oni będą chcieli was zniszczyć. Czerpią siłę z waszego strachu, smutku, bólu.
Musisz być silna. Nie wolno Ci ufać każdemu. Wiem też, że masz koszmary Kobieta, która Cię w nich nawiedza to....
Nagle babcia krzyknęła przeraźliwie. Byłam kompletnie zdezorientowana. Ona upadła.
- Babciu! - krzyknęłam.
Chciałam do niej podejść i coś zrobić, ale jakaś niewidzialna ściana mi nie pozwalała. Miałam łzy w oczach. Krzyczałam, wierząc , że to coś zmieni. Babci spojrzała na mnie ostatni raz, a jej ciało bezwładnie opadło na ziemie.
- Nie, nie! - wrzasnęłam przez łzy.
Czułam jakby drugi raz umarła. Waliłam bezskutecznie pięściami w tą ścianę, która odgradzała mnie od babci. Nie mogłam powstrzymać łez. Wszystko się zmieniło, teraz siedziałam na mokrej trawie a wokół mnie nic, ciemność.
Tylko ten okropny przeraźliwy krzyk.
Obudziłam się, ze łzami w oczach.
- Nie - szepnęłam, kilka łez skapnęło na bluzkę od pidżamy. Szubko je otarłam. Kol spojrzał na mnie z niepokojem.
- To nic piesku, naprawdę nic. - próbowałam zapewnić, ale łzy znów poleciały na ( tym razem ) pościel.
Kol spojrzał na mnie i wtulił mi się w szyję. Poczułam spokój, opanowanie. Otarłam łzy, uśmiechnęłam się i zasnęłam.
Poczułam jak ktoś drapie mnie po ramieniu. Automatycznie zaciągnęłam wyżej koc. Kol szczeknął. Leniwie otworzyłam oczy. Chwilę mi zajęło zanim zorientowałam się co się wczoraj działo. Niestety zaraz potem
doszło do mnie, że ja dziś idę do szkoły, a nie nastawiłam budzika. Energicznie podniosłam się z łóżka. Spojrzałam na zegar. 83. Cholera, na 8:50 mam lekcje!
Podniosłam z ziemi jakieś ciuchy i pobiegłam do łazienki się ubrać i uszykować. Kiedy już się ubrałam i lekko pomalowałam, upięłam włosy w wysoką kitkę. Wzięłam z fotela
torbę i poleciałam na dół. Nasypałam karmę do miski. Pocałowałam kola w czoło i wyszłam. Spojrzałam na zegarek. 8:36. Super, spóźnienie gwarantowane. Chciałam już pójść
do szkoły, gdy na naszym podjeździe zauważyłam auto. Podeszłam do niego i schyliłam się w celu poznania kierowcy. No moje szczęście był to Tay.
- Wsiadasz? - zapytał z uśmiechem.
- Jasne. - powiedziałam ochoczo.
Więc jak powiedziałam weszłam do auta chłopaka.
- Dzięki, uratowałeś mnie przed spóźnieniem - powiedziałam i pocałowałam go w policzek.
Uśmiechnął się i wyjechał na drogę.
Ciekawe skąd wiedział. Bez znaczenia, najważniejsze, że jest. Dzień był dziś wyjątkowo ładny. Otworzyłam lekko okno. Wzięłam głęboki wdech i uśmiechnęłam się.
Zanim się obejrzałam byliśmy na szkolnym parkingu. Powoli wysiadłam z auta i podeszłam do Taya. Zobaczyłam też Carmen i Jane przy szkole.
- Jeszcze raz dzięki. Teraz muszę lecieć. - powiedziałam i wskazałam na dziewczyny.
- Chcesz im powiedzieć, że kochany i niezawodny chłopak przywiózł Cię do szkoły, ratując przed spóźnieniem. - powiedział rozbawiony, a potem się przesłodko uśmiechnął.
- Nie. - powiedział z uśmiechem - muszę z nimi pogadać.
- Czuję się zazdrosny - westchnął z miną obrażonego 5-latka.
- Nie musisz - zapewniłam chłopaka i pocałowałam go szybko w usta.
Uśmiechnął się. Odwróciłam się i poszłam w stronę dziewczyn.
__________________________________________________
I jak ? ;3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Rozdział 21.

W świetle księżyca szliśmy do mojego domu. Ta scena wyglądała trochę bajkowo... Piesek co chwila podszczekiwał.
- Kol, co się dzieje? - zapytałam
Pies usiadł na mokrej trawie i uniósł pysk ku górze. Spojrzałam na niego pytająco.
- Jest tylko zazdrosny. - powiedział z uśmiechem Tay.
Zaśmiałam się i podeszłam do Kola.
- Mały, jesteś jednym z najważniejszych chłopaków w moim życiu. Chodź. - powiedziałam i gestem ręki wskazałam żeby szedł. Kol spojrzał na Taya. Z miny psa można było
wyczytać "Ha, widzisz to ja jestem najważniejszy, więc spadaj". Uśmiechnęłam się. Wyszliśmy z lasu.
- To tu. - wskazałam na mój domek. Nawet nie wiem kiedy weszliśmy na werandę. Zapukałam.
- Nelly, nareszcie! - zawołał wesoło tata otwierając drzwi - A ty to kto ?
- Taylor Martin, miło mi - powiedział i wyjął ręke w stronę mojego taty. Niechętnie ją uścisnął.
- Zapraszam - powiedział i poszedł do kuchni.
Ehh... Mój tata był źle nastawiony do młodych chłopaków. Wszystko zaczęła się gdy Sophie miała chłopaka. Co to było. Bez szczegółów, skończyło się na tym, że chłopak ją
porzucił a Sophie była w depresji przez kolejne 1.5 miesiąca. Weszliśmy do salonu. Mama i Sophie zawzięcie o czymś rozmawiały. Odwróciły się, słysząc nasze kroki.
- Nelly, choć tort już gotowy - powiedziała wesoło mama, zaraz potem zauważyła Taya. - A ty chłopcze, kim jesteś?
- Taylor Martin, miło mi. - powtórzył chłopak
- Co Cię do nas sprowadza Taylorze? - zapytała mama
- Mam jego kurtkę i chcę mu ją oddać. - powiedział i obróciłam się energicznie w stronę schodów.
- Co wam tak spieszno, poczekajcie chwilę, pogadajmy. - zaproponowała wesoło mama
- Musimy iść. - wycedziłam i poszłam z Tayem do mojego pokoju. Przy pokoju usłyszałam jeszcze chichot Sophie. Przewróciłam oczami i pchnęłam drzwi mojego pokoju.
Rozejrzałam się po pokoju. Mama nazwała by to bałaganem, dla mnie był to artystyczny nieład. Szybko podreptałam do szafy i zaczęłam szukać kurtki. Kurde, dlaczego ja mam
zawsze taki bajzel w szafie. - pomyślałam. Przerzucałam ciuchy z jednego kąta na drugi. Kurtki tam nie było.
- To twój pokój? - zapytał
- Tak, sory za ten bajzel, ale nie myślałam, że wpadniesz. - powiedziałam, przeszukując następną stertę ciuchów.
- Masz? -zapytał rozbawiony sytuacją.
- Tak ,prawie. - powiedziałam i podeszłam to fotela przekładając tamtą stertę ubrań.
Rozrzucałam ciuchy po całym pokoju, kurtka mogła być teoretycznie wszędzie.
- Pomóc Ci? - zapytał
- Nie trzeba, teoretycznie już ją mam - powiedziałam
- A praktycznie nie masz pojęcia gdzie jest. - powiedział z uśmiechem
- Nie pomagasz- syknęłam
- No już, już. Nie wściekaj się. - rzucił i zaczął mi pomagasz.
W kilka minut znaleźliśmy kurtkę.
- Kto by pomyślał, że moja kurtka będzie pod umywalką - powiedział rozbawiony
- To nie jest śmieszne - powiedział z uśmiechem i podeszłam do Taya
- Nie ni, trochę jest. - zaśmiał się
Dzieliło nas kilka centymetrów. Czułam jego oddech na policzku.
- Nelly! - zawołał ktoś z dołu.
Cholera, było tak blisko. No właśnie, było. Odeszłam od chłopaka i zeszliśmy razem na dół.
- Pójdę już - powiedział Tay gdy zeszliśmy na dół.
- Odprowadzę Cię. - powiedziałam i rzuciłam krótkie ostrzegawcze spojrzenie mojej rodzinie.
Wyszliśmy na ganek. Już chciałam coś powiedzieć, ale chłopak mnie pocałował. Krótko, ale bardzo, bardzo słodko. Uśmiechnęłam się.
- Do jutra- szepnął.
- Pa.
Szczęśliwa weszłam do domu.

W domu Austina 1 godzina po powrocie Vanessy.

- Nareszcie sama w pokoju. - szepnęłam
Pokój był trochę zagracony, ale miał tą cząstkę szczęścia, którą zostawiłam. Usiadłam na łóżku. Na szafce nocnej stało zdjęcie mnie, Austina i rodziców.
Uśmiechnęłam się. Nagle coś zaskrzypiało. Wstałam i spojrzałam pod łóżko. Nie uwierzyłam, mój stary schowek na alkohol nadal tam był. Wyjęłam z niego jakąś butelkę i
znów usiadłam na łóżku. Otworzyłam whisky i wzięłam łyka. Uśmiechnęłam się do siebie i z lubością oblizałam usta. Przebrałam się i wskoczyłam do łóżka. Po minucie i już spałam.
Było ciemno....nic nie widziałam...wybuch...ogień...krzyki ludzi...ból.
Obraz się zmienił.
Twarz...mam wrażenie, że ją znam...kłótnia...odgłos łamanych kości....
Znów się zmienił.
Przeszywający do szpiku kostnego śmiech...ból, niewyobrażalny ból...śmierć...szpital...rodzina...ogień
Krzyknęłam. Miałam łzy w oczach. To sen, tylko sen. Usłyszałam, że ktoś wszedł do mnie.
- Kochanie co się stało usłyszałem twój krzyk. - zapytał zatroskany tata
- Ja, to było..okropne!- powiedziałam przez łzy
- Spokojnie, to tylko koszmar. - powiedział i pocałował mnie w czoło. - Wszystko będzie dobrze.
Skinęłam i położyłam się na łóżku.
- Dobranoc. - szepnął
- Branoc - mruknęłam
____________________________________________
No i jak ? ;3
 

 
Przepraszam was kochani, że tak długo nic nie wstawiam :<
Postaram się dodać jutro albo we wtorek

Pozdrawiam Rysiaa<3
 

 
Rozdział 20 cz.2. "Niespodziewany gość"

Na lotnisku:

Wreszcie wyszłam z tego cholernego samolotu. Nigdy więcej nigdzie nie lecę - pomyślałam.
Wyszłam przed lotnisko. Taksówka już czekała. Ogarnęłam się, wzięłam walizki i do niej weszłam.
- Gdzie Cię zawieść, mała? - zapytał taksówkarz
- Tylko nie mała - syknęłam - Uxly Street 4b* - dodałam
Kierowca wyjechał na drogę. Przede mną jakieś 20 minut drogi. Usiadłam wygodnie na fotelu i puściłam muzykę przez słuchawki. Spojrzałam przez okno.
Wytężyłam wzrok, mimo, że było ciemno (było około 21) zobaczyłam park. Wspomnienia wróciły. Kiedy miałam 5 lat, tata zabierał mnie tam i opowiadał
różne historie z jego podróży. Zawsze słuchałam jak zaczarowana. Byłam bardzo uparta jak na swój wiek. Ta upartość mnie jeszcze nie opuściła. Dzieciństwo miałam raczej wesołe.
Potem oczywiście okres buntu. W wieku 14 lat zaczęła palić i pić, opuściłam się w nauce. Nie robiłam tego, żeby komuś zaimponować. Życie mnie wtedy nie rozpieszczało. Tata był na mnie
wściekły i wysłał do cioci, do Virgini. Znienawidziłam go za to, że mnie wyrzucił, ale z czasem widzę skutki. Polepszyło mi się, chcę być teraz inna. Zobaczymy.
- To tu ? - zapytał kierowca
Wróciłam na ziemie, rozejrzałam się.
- Tak to ten dom, dzięki. - powiedziałam, zapłaciłam i wyszłam. Spojrzałam przed siebie. Przed oczami stanął mi masywny szaro-biały dom. Uśmiechnęłam się. Walizki zostawiłam przy drodze.
Do przyniesienia ich postanowiła wykorzystać mojego kochanego braciszka.
Podeszłam do drzwi i zapukałam. Usłyszałam kroki. Znów się uśmiechnęłam. Drzwi się otworzyły. Zobaczyłam mojego brata, był nieźle zaskoczony.
- Vanessa..? Siostra, co ty tu robisz? - powiedział, a zaraz potem mnie do siebie przytulił.
- Wróciłam, Austin. - powiedziałam cicho i przytuliłam go mocniej.

W lesie:

- Taylor! - westchnęłam z ulgą.
Chłopak się uśmiechnął, w świetle księżyca wyglądał zabójczo. W tym momencie zauważyłam, że Tay trzyma Kola na rękach.
-Kol, znalazłeś się! - powiedziałam z nie ukrywaną radością. Piesek wyskoczył z niesfornego uścisku Taya i podbiegł do mnie, podniosłam go i przytuliłam.
- Dziękuję - szepnęłam z uśmiechem.
Chłopak także się uśmiechnął.
- Nelly - zaczął - mam coś dla ciebie - powiedział i wyjął z kieszeni małe pudełeczko.
Zaciekawiona podeszłam do niego.
- To tak z okazji urodzin, mogę?
Skinęłam i podałam mu rękę. Chłopak wyjął z pudełka śliczną bransoletkę ze skóry, ozdobioną ślicznym czarnym kamieniem. Delikatnie zapiął ją na mojej ręce. Bransoletka wyglądała przepięknie.
- Dziękuję, jest śliczna - powiedziałam i przytuliłam go, na szczęście nie protestował. Od razu przypomniało mi się nasze spotkanie.
- Tay - zaczęłam i odsunęłam się od chłopaka - Zapomniałam! przecież ja mam twoją kurtkę!
- Prawda
- Możesz na chwilę do mnie wpaść?
- Nie chcę przeszkadzać
- Nikomu nie przeszkadzasz - zapewniłam chłopaka.
Wzięłam go za rękę i poszliśmy w stronę mojego domu.
__________________________________________________
I jak? ;3
*Uxly Street 4b - wymyślona ulica.